L

Luwr: dzieła sztuki, które warto zobaczyć, gdy na zwiedzanie mamy nie więcej niż 3h


Zwiedzaniu dużych muzeów najczęściej towarzyszy ogromny chaos. Bierzemy do ręki otrzymany przy kasie plan i błądzimy, odhaczając po drodze co najważniejsze dzieła sztuki. Sama wielokrotnie tego doświadczam. W przypadku Luwru było jednak inaczej, bo mieszkałam w Paryżu przez kilka miesięcy i mogłam zwiedzać muzeum niespiesznie, galeria po galerii. Pozwólcie zatem, że was po nim oprowadzę. Wycieczka będzie krótka, konkretna i przeznaczona dla osób, które na co dzień ze sztuką nie mają zbyt wiele wspólnego. Zobaczycie dokładnie to, co pokazywałam ostatnio mojej siostrze i mamie. Obie Panie były z wizyty w Luwrze bardzo zadowolone.

Luwr to największe muzeum świata. Macie prawo czuć się nim przytłoczeni

Na początek kilka słów wyjaśnienia. To, że byłam w Luwrze więcej niż raz, wcale nie oznacza, że się tam nie gubię ani że potrafię się wypowiedzieć o każdym z prezentowanych tam dzieł. To muzeum po prostu jest ogromne! Przytłacza swoim ogromem zarówno podczas pierwszej, jak i każdej kolejnej wizyty.

Nie jestem zatem jak Robert Langdon, który w każdym muzeum – niezależnie czy jest to Luwr czy Uffizi – czuje się jak we własnym domu i to do tego stopnia, że potrafi się po nich poruszać po omacku, wykorzystując zarówno oficjalne, jak i sekretne, znane tylko wybranym korytarze. Miał chyba z tego dodatkowy kurs na studiach, bo zapewniam was, że na zwykłej historii sztuki tego nie uczą.

Jedyne tajne przejście, jakie znam, jest właśnie w Luwrze. Tak naprawdę wcale nie jest tajne, tylko mniej znane. To jednak wystarczy, aby wejść do Luwru bez kolejki albo przynajmniej spędzić w niej mniej czasu niż przed głównym wejściem przez piramidę.

Gdzie szukać tego mniej znanego wejścia? Czyli, jak dostać się do Luwru bez kolejki?

“Sekretne” wejście do Luwru znajduje się w podziemiach muzeum, tuż obok odwróconej piramidy, gdzie wspomniany już Robert Langdon odnalazł grób Świętej Magdaleny.

Sposobów na to, aby tam trafić jest kilka. Można:

  1. Skierować się tam bezpośrednio ze stacji metra Palais Royal-Musée du Louvre (linia 1 i 7);
  2. Skorzystać z wejścia od strony Rue de Rivoli. Jest wyraźnie oznaczone, szukajcie czerwonego daszku z napisem “Le Carrousel du Louvre”;
  3. Trzecie wejście znajduje się od strony ogrodów Tuileries, mniej więcej na wysokości Łuku Triumfalnego Carrousele znajdziecie niepozorne schody prowadzące w dół.

Każda z tych ścieżek prowadzi do Carrousele du Louvre, czyli swego rodzaju centrum handlowego zlokalizowanego w podziemiach Placu Karuzeli (tak nazywa się przestrzeń wokół Łuku Triumfalnego naprzeciwko Luwru). Wejście do muzeum znajduje się na lewo od filii Galerii Printemps. Czeka tam na was kontrola bezpieczeństwa (bramka wykrywająca obecność metali, prześwietlane są też torebki). Potem, kierując się na wprost, traficie do hallu głównego pod piramidą. Nawiasem mówiąc – wiecie, że w tym roku ta budowla skończyła 30 lat? Stanęła przed Luwrem dokładnie w 1989 r.

Ile kosztują bilety wstępu do Luwru? Gdzie można je kupić?

Bilety można kupić w patio pod piramidą, dostępne są też online. Cena jednej wejściówki dla osoby dorosłej to na dzień dzisiejszy 15€.

Obywatele Unii Europejskiej w wieku poniżej 26 lat wchodzą do muzeum za darmo, wystarczy pokazać dowód przy bramce. Oto powód, dla którego w czasie Erasmusa bywałam tutaj tak często. Podobnie jest we wszystkich innych muzeach publicznych we Francji. Musée d’Orsay, Wersal, Dom Moneta w Giverny – mając mniej niż 26 lat, nie musicie do nich kupować biletów. Wystarczy dowód, paszport lub ważne prawo jazdy.

Od czego zacząć zwiedzanie Luwru? Na co zwrócić szczególną uwagę?

Skoro mamy już bilety, pora rozpocząć zwiedzanie. Sugeruję, aby pojawić się w muzeum możliwie rano. Wtedy w środku nie powinno być aż tak tłoczno, mniejsze są także kolejki do wejścia.

Uprzedzam, że nie zobaczymy wszystkiego – podczas jednej wizyty byłoby to niemożliwe i zwyczajnie zbędne. Zwiedzanie Luwru jest o wiele ciekawsze i efektywniejsze, gdy ograniczy się je do kilku galerii. Przygotowałam zatem skondensowaną listę rzeźb i obrazów, na które warto zwrócić uwagę i opatrzyłam je krótkim komentarzem. Kolejność, w jakiej je wymieniam, wynika z trasy, którą będziemy się poruszać. Starałam się opracować ją tak, aby zobaczyć możliwie jak najwięcej, bez nakładania dodatkowych kilometrów.

Nie chciałabym jednak, abyście traktowali tę listę jak wyrocznię; zbiór obowiązkowych przystanków, pomiędzy którymi nie ma już nic ciekawego. Opisane rzeźby i obrazy to raczej “drogowskazy”, dzięki którym trasa jest bardziej czytelna. Nie musicie jednak im ściśle się podporządkowywać. Jeśli któreś z mijanych dzieł sztuki wyda się wam bardziej interesujące, niż to, co opisane jest poniżej, nie wahajcie się zboczyć z głównej drogi i poświęcić chwilę na to, aby przyjrzeć mu się bliżej. Ekspercki komentarz tak naprawdę jest zbędny – sami możecie wyciągać wnioski z tego, co widzicie. Gdyby jednak pojawiła się potrzeba zgłębienia historii danego obiektu, pamiętajcie, że w kieszeni macie nie tylko aparat, ale i całkiem rzetelną, wirtualną encyklopedię.

Luwr: Najważniejsze dzieła sztuki

Cały czas stoimy pod piramidą, gdzie zbiegają się trzy pałacowe skrzydła: Richelieu, Deon i Sully. Proponuję, abyśmy skierowali się do tego ostatniego. Pierwszym co zobaczymy, gdy znajdziemy się na galerii, będą:

Mury średniowiecznego Luwru

Zanim Luwr stał się największym muzeum świata, był pałacem królewskim. Jak wiele monarszych rezydencji był wielokrotnie przebudowywany i tu macie na to najlepszy dowód – zachowane fragmenty dawnego Luwru, odnalezione podczas rozbudowy muzeum w latach 80. XX.  Mury pochodzą z XII wieku – nie był to wówczas pałac a warowny zamek. Nie będę jednak przytaczać jego dalszej historii. Można ją prześledzić na interaktywnych planszach, które towarzyszą ekspozycji. Wygląda to mniej więcej tak:

Wielki Sfinks z Tanisu

Spacerujemy wzdłuż murów, aż ujrzymy na naszej drodze ogromnego sfinksa (istnieje ryzyko, że będzie go zasłaniać tłum turystów, robiących mu zdjęcie). Rzeźba została odnaleziona w 1825 r. w ruinach świątyni Amon nieopodal Tanisu. Rok później trafiła do Luwru. Nie jestem specjalistką, jeśli chodzi o sztukę Egiptu, więc nie będę się na ten temat mądrzyć. Z tego samego powodu omijam też galerię z zabytkami z Egiptu, do której prowadzi korytarz na lewo od Sfinksa. Zapalonym egiptologom polecam ją odwiedzić, my jednak kierujemy się na prawo, by podziwiać dzieła starożytnych Greków.  

Wenus z Milo

W lewym rogu sali, do której prowadzą schody strzeżone przez Sfinksa, znajduje się jeden z największych skarbów Luwru, czyli Wenus z Milo. Czemu ta pozbawiona rąk statua jest tak sławna? Cóż, Francuzi sami o to zadbali. Po tym, jak musieli zwrócić Włochom zagrabioną podczas kampanii napoleońskiej Wenus Medycejską, robili co w nich mocy, by przekonać świat do tego, że ich Wenus jest równie wspaniała. Najwyraźniej im się to udało, bo Wenus z Milo zna każdy, podczas gdy Wenus Medycejską kojarzą jedynie najwięksi pasjonaci sztuki.

Rzeźba znalazła się we Francji w latach 20. XIX w. Odnalazł ją grecki rolnik Yorgos Kentrotas, po czym za słuszną cenę sprzedał ją rezydującemu w Konstantynopolu ambasadorowi Francji.

Możemy jedynie domyślać się jak wyglądał układ rąk postaci. Jedna z najpopularniejszych teorii mówi, że jedną dłoń miała opuszczoną, a w drugiej trzymała jabłko i opierała ją o kolumnę. Nie wiadomo też, w jakich okolicznościach statua straciła ręce, choć filmowcy mają na ten temat różne teorie.

Sztuka rzymska

Po spotkaniu z boginią miłości kierujemy się do skrzydła Denon, gdzie prezentowana jest sztuka rzymska i etruska.

Śpiący Hermafrodyta

Ten posąg podobnie jak Wenus z Milo zawsze otacza wianuszek turystów. Na pozór wygląda jak piękna naga kobieta, ale hermafrodyta to według mitologii greckiej zarówno kobieta, jak i mężczyzna, co zgromadzeni wokół turyści skrzętnie dokumentują, fotografując posąg ze wszystkich stron.

Rzeźba powstała w starożytnym Rzymie, jest jednak kopią rzeźby greckiej. Była to bardzo częsta praktyka. Wiele arcydzieł sztuki greckiej znamy właśnie dzięki rzymskim replikom. Łoże, na którym leży postać jest jeszcze późniejsze. Wykonał je w XVII w. Gianlorenzo Bernini – barokowy artysta znany dzięki dziełom takim jak Ekstaza św. Teresy czy Porwanie Prozerpiny.   

Diana z Wersalu

Kolejna rzymska kopia greckiego arcydzieła. Rzeźbę otrzymał w prezencie od papieża Pawła IV król Francji Henryk II Walezy – ojciec przyszłego króla Polski Henryka III Walezego. Podobno była to aluzja do jego głośnego romansu z Dianą de Poitiers. Posąg przedstawia w końcu imienniczkę faworyty króla – boginię przyrody i opiekunkę myśliwych.

Początkowo statua była eksponowana w ogrodach zamku Fontainebleau, gdzie do dziś prezentowana jest jej kopia. Do Wersalu przeniósł ją dopiero Ludwik XIV, a do Luwru trafiła po rewolucji francuskiej wraz z innymi dziełami kolekcji królewskiej.

Nowożytna rzeźba europejska (1500-1850)

Po obejrzeniu arcydzieł wykonanych przez starożytnych Greków, Rzymian naszym oczom ukaże się Nike z Samotraki. Za chwilę przyjrzymy się jej dokładniej, ale wcześniej rzućmy jeszcze okiem na galerię europejskiej rzeźby nowożytnej. Tam warto zwrócić uwagę na następujące obiekty:

Michał Anioł, Jeńcy, ok. 1530 r.

“Jeńcy” to późne rzeźby Michała Anioła, które przeznaczone były do nagrobka papieża Juliusza II. Miał być to bardzo złożony monument, finalnie powstał stosunkowo skromny pomnik słynny przede wszystkim z tego, że w jego skład wchodzi słynna statua Mojżesza. Pozostałe części nagrobka uległy rozproszeniu albo w ogóle nie zostały wykonane.

Figury jeńców interpretuje się różnie. Przedstawiają albo prowincje podległe Juliuszowi II, albo sztuki wyzwolone. Na tę ostatnią koncepcję badaczy naprowadziła ledwie widoczna sylwetka małpy u stóp jednego z jeńców (poszukajcie jej, gdy będziecie na miejscu). Sztuki plastyczne bardzo często porównuje się do tych zwierząt – wszystko przez to, że małpują naturę.

Antonio Canova, Amor i Psyche, 1787 r.

Jedno z najwybitniejszych dzieł włoskiego rzeźbiarza Antonia Canovy, tworzącego na przełomie XVIII i XIX w. Statua swego czasu cieszyła się ogromną sławą. Nic w tym dziwnego – kompozycja jest mistrzowska, zwłaszcza gdy podziwiamy rzeźbę od frontu. Zachwyca przede wszystkim układ rąk postaci.

Historia Amora i Psyche to jeden z niewielu dobrze kończących się romansów między bogiem i śmiertelniczką. Psyche, choć początkowo niechętnie przyjęta przez Afrodytę, finalnie trafia na Olimp, gdzie dostaje motyle skrzydła i zaczyna być utożsamiana z duszą ludzką. Nie tylko Canova podjął się tego tematu. Artyści wprost uwielbiali tę historię! Powstała nawet opera oparta na tym motywie.

Bogaty zbiór reprodukcji obrazów i rzeźb przedstawiających Amora i Psyche można znaleźć na angielskiej Wikipedii.  

Nike z Samotraki

Wracamy do Nike. Posągu trudno jest nie zauważyć – boginię zwycięstwa spotykamy na szczycie reprezentacyjnych schodów. Przedstawiona na dziobie statku wydaje się frunąć. Rzeźba najprawdopodobniej upamiętnia zwycięstwo greków w bitwie pod Samotraką. Jej prawe ramię zapewne było uniesione w górę, ale podobnie jak w przypadku wenus z Milo, są to jedynie domysły.

Galeria malarstwa włoskiego

Wspinamy się po schodach, skręcamy w prawo i kierujemy się do galerii malarstwa włoskiego (czyli podążamy za strzałkami prowadzącymi do Mona Lisy). Po drodze warto zajrzeć do Galerii Apollina – bogato dekorowanej sali, gdzie znajdują się insygnia królów francuskich.

Potem kierujemy się do sali, gdzie prezentowane są dzieła tzw. włoskich prymitywistów. To właśnie tym twórcom zawdzięczamy transformację malarstwa religijnego z kipiących złotem tablic w subtelne, renesansowe kompozycje. Musicie bowiem wiedzieć, że renesans nie nastał jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Zanim Leonardo da Vinci namalował Mona Lisę, musiało wiele się wydarzyć, a w niniejszej galerii można ten proces bardzo dobrze prześledzić. Wszystko dzięki temu, że obrazy ułożone są w sposób chronologiczny: zaczynamy od malarstwa przedrenesansowego, a kończymy na baroku.   

Co wyróżnia zatem obrazy prymitywistów włoskich? Pewne obserwacje z pewnością poczynicie sami: w scenach krajobrazowych artyści zdecydowanie lepiej radzą sobie z perspektywą, stopniowo rezygnują ze złotego tła i coraz większą uwagę poświęcają emocjom na twarzy postaci.  


Galeria malarstwa przedrenesansowego może wydawać się potwornie nudna, ale jeśli bliżej przyjrzycie się prezentowanym w niej obrazom, zobaczycie tego typu scenki. Tu błogosławiony franciszkanin sprawia, że więzień przeciska się przez mur, jak przez dziurę | Stefano di Giovani zw. Sasetta, Błogosławiony Ranierri Rasini uwalniający biedaka z więzienia we Florencji, 1444 r.

Wielka Galeria Luwru

Długi korytarz, jaki ukaże nam się po opuszczeniu sal z dziełami Giotta i Botticellego to tzw. Wielka Galeria Luwru. Zanim przejdziemy do prezentowanych w niej obrazów kilka słów o samym pomieszczeniu, które jest ważne nie tylko przez wzgląd na to, że znajdują się tu najcenniejsze eksponaty. Gdy w 1793 r. Luwr oficjalnie stał się muzeum, to właśnie Wielka Galeria została udostępniona zwiedzającym jako pierwsza. Nie było to jednak zbyt reprezentacyjne pomieszczenie – przypominało raczej długi i ciemny tunel (Wielka Galeria przez lata pełniła rolę łącznika pomiędzy pałacem Luwru i Tuileries). Doskonale widać to na obrazie Huberta Roberta.

Ten sam artysta wykonał szereg projektów przebudowy Galerii. Część z nich została wcielona w życie, ale długo po jego śmierci. To, co udało się zrobić to kolumnady, dzielące przestrzeń oraz przeszklenia w dachu. Dzięki temu przestrzeń jest zagęszczona i nie wydaje się już tak długa. Cały czas ma jednak blisko pół kilometra. Wasze stopy dadzą wam to odczuć.

Leonardo da Vinci, Jan Chrzciciel, 1513-16 r.

Tuż przy wejściu do Wielkiej Galerii prezentowane są trzy wielkie dzieła Leonarda da Vinci: “Jan Chrzciciel” to moim zdaniem najbardziej zagadkowe z nich. Gdyby nie podpis, trudno byłoby wziąć tego młodzieńca za biblijnego proroka. Tym bardziej że pociemniały werniks sprawia, że wielbłądzia skóra, w którą ubrany jest Święty i trzymany przez niego krzyż, są ledwie widoczne. W oczy rzuca się natomiast zawadiacki uśmiech i burza kręconych włosów. Taka, nie inna aparycja postaci skłaniała historyków sztuki do tego, by uznać ją za Bachusa, a nie Jana Chrzciciela. Widoczne na obrazie atrybuty wyraźnie jednak temu przeczą, a w czasie licznych prac konserwatorskich nie natknięto się na żadne ślady późniejszych przemalowań.

Zagadka tajemniczego uśmiechu, podobnie jak w przypadku Mona Lisy pozostaje zatem nierozwiązana. Pewne jest za to, że artysta był z tym obrazem – podobnie jak z Giocondą – silnie związany. Było to jedno z trzech dzieł – obok Mona Lisy i Świętej Anny Samotrzeć – jakie zdecydował się zabrać ze sobą do Francji, gdzie po kilku latach pracy na dworze Franciszka I, zmarł.

Leonardo da Vinci, Mona Lisa, 1503-1507 r.

Na studiach zawsze powtarzano mi, że nawet najlepsza reprodukcja nigdy nie zastąpi kontaktu z prawdziwym dziełem sztuki. Mona Lisy ta reguła nie dotyczy. Od wzroku widza oddziela ją pancerna szyba, balustrada i tłum turystów, którzy z kompletnie niezrozumiałych dla mnie powodów, usiłują sobie zrobić z nią zdjęcie.

Niemniej, będąc w Luwrze, grzechem byłoby tu nie zajrzeć. Zwłaszcza jeśli jest to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu. Raczej nie spojrzymy Giocondzie prosto w oczy, ale przynajmniej przekonamy się, jak wiele emocji wywołuje ten niepozorny portret.

Obraz prezentowany jest w osobnej sali na lewo od Wielkiej Galerii. Przeciwległą ścianę zdobi inne arcydzieło, któremu też warto przyjrzeć się bliżej.  

Paolo Veronese, Wesele w Kanie, 1562-63 r.

Podczas mojej ostatniej wizyty w Luwrze obraz był w trakcie konserwacji. Gdy wróci jednak na galerię, nie ma szans, aby umknął on waszej uwadze. Płotno jest ogromne, większe nawet od “Bitwy pod Grunwaldem” Matejki. Mimo to żołnierzom Napoleona udało się je zwinąć i przenieść z Wenecji do Luwru, gdzie prezentowany jest do dziś.

Choć na pozór obraz może wydać się nudny i niewiele znaczący, w momencie powstania wywołał niemały skandal. Weneccy benedyktyni zamówili go do swojego refektarza, miał zajmować całą ścianę pomieszczenia i otwierać je iluzorycznie na zewnątrz. Spodziewali się jednak biblijnej, a nie współczesnej uczty. Tymczasem jedynie Chrystus i Maria noszą typowe dla postaci biblijnych szaty, pozostali goście są ubrani w ówczesne weneckie stroje. Do tego na dość dużo sobie pozwalają: biesiadują w towarzystwie karłów i poskramiaczy węży, a psy wyjadają im jedzenie ze stołów. Nie tego oczekiwali pobożni benedyktyni, zarzucając Veronese, że pod fasadą tych wszystkich dekoracji, ginie biblijny przekaz. Dziś na płótno nie patrzy się już tak krytycznie, jeśli bowiem przyjrzeć mu się bliżej, okaże się, że Veronese ukrył na obrazie mnóstwo symboli, które jedynie wzmacniają jego przekaz.

Giuseppe Arcimboldo, Cztery Pory Roku, 1563 r.

Wracamy do Wielkiej Galerii, gdzie chciałam zwrócić uwagę jeszcze na kilka obrazów. Pierwsze z nich to cykl czterech pór roku Giuseppe Arcimboldo. Te cztery płótna to jedne z najdziwniejszych dzieł, jakie wydawała sztuka zachodnioeuropejska. Przedstawiają personifikacje czterech pór roku, których twarze składają się z różnych roślin, owoców i warzyw. I tak wiosna to mozaika kwiatów, lato wystrojone jest w koszulę z kłosów zbóż, a jesień w miejscu nosa ma pękaty ziemniak.

Czemu miało to służyć? Późny Renesans, czyli Manieryzm lubował się w grotesce. Już w notatkach Leonardo da Vinci znajdziemy szkice karykaturalnych głów. Prace Arcimboldo wydają się być pochodną tego “trendu”. Z czasem specyficzna maniera dała mu sławę, w efekcie czego był jej wierny do końca życia. Tworzył twarze składające się nie tylko z roślin, ale i książek czy … ptaków.

Caravaggio, Zaśnięcie Marii, 1601 r.

Caravaggio znany jest jako jeden z największych skandalistów w dziejach sztuki europejskiej. Za nic miał utarte wzorce malarstwa religijnego, przez co szokował i co i rusz popadał w konflikty ze swoimi zleceniodawcami. Ten obraz też wywołał skandal. Co niby w nim nieprzyzwoitego? Największe kontrowersje budziła postać Matki Boskiej, która wygląda tak, jakby faktycznie nie żyła,  a nie “zasnęła”, tak jak mówi Biblia. Nie mogło jednak być inaczej. Modelką miała być wyłowiona z Tybru topielica (mają o tym świadczyć jej opuchnięte nogi).

Oparty na ostrym światłocieniu i silnych skrótach perspektywicznych styl Caravaggia wywarł ogromny wpływ na barokową sztukę europejską. Jego bezpośrednich naśladowców nazywamy caravaggionistami. Oni także są obecni we Wielkiej Galerii Luwru.

Galeria wielkoformatowego malarstwa francuskiego

Tuż za Wielką Galerią prezentowane są dzieła malarstwa hiszpańskiego i brytyjskiego. Tam jednak nie idziemy (chyba, że należycie do fanów Goi i Velazqueza). Zamiast tego wracamy i kierujemy się do galerii wielkoformatowego malarstwa francuskiego.

Eugene Delacroix, Wolność wiodąca lud na barykady, 1830 r.

Ten obraz większość z was pewnie kojarzy z podręczników do historii. Nie dokumentuje on jednak wydarzeń Rewolucji Francuskiej, lecz tej, która miała miejsce w 1830 r. Kobieta ze sztandarem to oczywiście Marianna – personifikacja Francji. Towarzyszą jej przedstawiciele różnych stanów społecznych w tym mały chłopiec, który rzekomo miał być pierwowzorem Gawrosza z “Nędzników”.

Obraz doczekał się szeregu naśladowców. Po motyw kobiecej postaci wspinającej się na barykady wielokrotnie sięgali artyści wielu uciśnionych nacji, w tym Polski. Miejsce Marianny zastępuje oczywiście personifikacja danego kraju wyposażona w odpowiednie atrybuty.

Eugene Delacroix, Śmierć Sandrapala, 1827 r.

Kolejny spośród licznych obrazów Delacroix prezentowanych w tej galerii. To on dał mu sławę. Europa przechodziła wówczas wielką fascynację Wschodem, dlatego wszelkie dzieła kultury podejmujące ten temat, były przyjmowane bardzo entuzjastycznie. Popularność obrazu nie jest jednak zasługą wyłącznie samej historii, którą przedstawia (o tym za chwilę). Intensywne kolory, swobodna kompozycja, silny światłocień – wszystkie wypracowane na tym płótnie zabiegi staną się znakiem rozpoznawczym Delacroix w przyszłości.

Co przedstawia obraz? Postać na łożu to tytułowy Sandrapal, czyli na pół legendarny król Asyrii. Daleko mu było do wzorowego władcy. Całe życie otaczał się zbytkiem i koncentrował wyłącznie na realizacji swoich przyjemności. Tu widzimy jak kończy się ta historia – zamek Sandrapala otoczony jest przez rebeliantów. Ten rozkazuje zatem ułożyć dla siebie stos pogrzebowy ze wszystkich kosztowności, jakie posiada. Wliczają się w to także jego eunuchowie i konkubiny. Jedna z nich błagalnym gestem prosi o litość, ale zimne spojrzenie Sandrapala i płomienie widoczne w prawym, górnym rogu obrazu, świadczą o tym, że niczego nie wskóra.

Theodore Gericault, Tratwa Meduzy, 1819-20 r.

Równie dramatyczny, co poprzedni obraz, tym razem oparty jednak na faktach, a nie legendzie. Gericault namalował go poruszony katastrofą okrętu “Meduza”. Ocaleli marynarze przez 13 dni dryfowali po Atlantyku na drewnianej tratwie, zbudowanej z fragmentów rozbitej fregaty. Tu widzimy ich w momencie, gdy widzą na horyzoncie napływający okręt.

Gericault bardzo rzetelnie podszedł do realizacji tematu. Aby oddać go możliwie autentycznie, tygodniami studiował ludzkie zwłoki oraz obłąkanych w jednej z paryskich klinik dla ludzi umysłowo chorych. Część szkiców zachowało się do dziś, można je oglądać na drugim piętrze muzeum, gdzie właśnie się kierujemy. Skoncentrujemy się jednak na sztuce północnej Europy. Jeśli będziecie mieć na to siłę i czas, możecie zajrzeć również na galerię sztuki francuskiej.

Malarstwo niderlandzkie i flamandzkie

Kierujemy się na drugie piętro. W tym celu musimy się cofnąć do Nike, a następnie skręcić w lewo i skierować do skrzydła Richelieu, gdzie znajdziemy schody ruchome prowadzące na górę. Na drugim piętrze z pewnością będzie ciszej i mniej tłoczno. To zdecydowanie moja ulubiona część Luwru.

Peter Paul Rubens, cykl Marii Medycejskiej, 1621-25 r.

Rubens to artysta kojarzony przede wszystkim z przedstawieniami kobiet o obfitych kształtach. Zobaczymy je i na tych obrazach. Jest ich aż 25, dlatego zarezerwowano dla nich osobną salę. Malarz uwinął się z zamówieniem w trzy lata, ale najprawdopodobniej nie pracował nad cyklem sam. Pracowni Rubensa bliżej było bowiem do fabryki obrazów niż romantycznego atelier. Zatrudniał rzesze uczniów i czeladników, którzy w ramach nauki kopiowali jego obrazy i pomagali mu przy pracy. Sam mistrz najczęściej jedynie doszlifowywał dzieło: malował twarze, dłonie i zostawiał podpis. Była to bardzo częsta praktyka w nowożytnej Europie. Artysta, który w samotności pracuje nad płótnem, to wymysł XIX wieku.

Obrazy, o których mowa, przedstawiają najważniejsze sceny z życia Marii Medycejskiej, królowej Francji oraz żony Henryka IV Walezego. Daleko im do realizmu – oprócz postaci historycznych pełno tu nimf i antycznych boginek. Wszystko przez to, że Maria chciała, aby cykl miał wymowę alegoryczną. Weźmy zatem na warsztat jeden z nich, nad pozostałymi pozwolę Wam się pogłowić samodzielnie. Niech będą to “Narodziny Marii”. Mała księżniczka jest jedyną historyczną postacią na obrazie. Kim są pozostałe? Kobieta, która trzyma ją w objęciach to najprawdopodobniej Junona. Prezentuje ona dziecko bóstwu rzecznemu, które jest personifikacją rzeki Arno, przepływającej przez Florencję. Mamy też herb rodowy, lwa, który symbolizuje siłę i władzę królewską, oraz nimfy obsypujące dziecko łaskami.

Spytacie, po co to wszystko? Cykl Marii Medycejskiej to nic innego jak dzieło dworskiej propagandy. Przy pomocy symboli i rozbudowanych metafor królowa usiłowała wykreować obraz idealnej monarchini, którą wcale nie była.

Jan Vermeer, Koronczarka, 1664 r.

W galerii sztuki północnoeuropejskiej prezentowane są znacznie bardziej kameralne obrazy: pejzaże, martwe natury, sceny rodzajowe i inne gatunki typowe dla sztuki niderlandzkiej. I tu znajdują się dzieła sztuki, które najpewniej kojarzycie z podręczników do historii i literatury (np.  Bankier z żoną Quentina Metsysa). Pospacerujcie zatem wśród nich niespiesznie, uważnie przyglądając się detalom. Wspominałam już kiedyś, że w sztuce niderlandzkiej mają one szczególne znaczenie.

Nie inaczej jest w przypadku koronczarki Vermeera. Proponuję, abyśmy zrobili sobie tutaj dłuższy przystanek. To raczej obrazek niż obraz, płótno ma bowiem format porównywalny do kartki A4. Wartości dzieła sztuki nie mierzy się jednak na podstawie powierzchni, jaką zajmuje.

“Koronczarka” bywa nazywana “Giocondą Północy”. Zachwycał się nią szereg krytyków i artystów, w tym sam Salvador Dali, który wykonał nawet własną wersję dzieła. Dziewczyna została uwieczniona przy pracy, która pochłania całą jej uwagę. To właśnie przez to obraz był tak podziwiany. Tak jak koronczarka skupiona jest na swojej robótce, tak widz koncentruje się na jej twarzy i dłoniach. Nic przy tym nie rozprasza jego uwagi. Przedmioty na pierwszym planie są celowo lekko zamazane, choć to wbrew prawom optyki. Do tego kolory! Tak czyste i intensywne! Oglądanie Vermeera w oryginale to sama przyjemność, dlatego was tutaj przyprowadziłam. To doświadczenie o wiele bogatsze niż spoglądanie na Mona Lisę zza szyby.

Guillame Coustou, Konie z Marly, 1743-45 r.

Galeria sztuki północnoeuropejskiej to nasz ostatni cel. Po jej obejściu kierujemy się z powrotem do schodów, którymi zjeżdżamy na parter. Tam jedynie rzucamy okiem na Konie z Marly – niezachowanego pałacu Ludwika XIV, w którym Król Słońce spędził ostatnie lata życia (tu można znaleźć telewizyjny dokument na temat rezydencji) i kierujemy się wyjścia.

Oto wszystkie galerie, jakie odwiedziliśmy:

  • Pavillon de l’Horloge (tam prezentowane są mury średniowiecznego Luwru),
  • Galeria sztuki Grecji i Rzymu,
  • Galeria rzeźby europejskiej z lat 1500-1820,
  • Galeria Apollina,
  • Wielka Galeria Luwru, gdzie znajdują się dzieła sztuki włoskiej,
  • Galeria wielkoformatowego malarstwa francuskiego,
  • Galeria malarstwa północnoeuropejskiego,
  • Galeria rzeźby francuskiej (konie z Marly).

Mogłoby być ich więcej, ale w zwiedzaniu muzeów nie chodzi o to, by wychodząc ledwie trzymać się na nogach. Zaproponowana trasa i tak była dość wymagająca. Są i tacy, którzy pojawiają się w Luwrze na 20 minut i w tempie ekspresowym pokonują trasę między Wenus z Milo, Nike i Mona Lisą. Podobno były nawet organizowane na tej trasie wyścigi.   

Tylko, jaki to ma sens? Czy w zwiedzaniu muzeów naprawdę chodzi wyłącznie o odhaczanie coraz to nowych dzieł sztuki w myśl zasady: przybyłem, zobaczyłem, dajcie mi spokój?

Dla mnie każdorazowa wizyta w muzealnej galerii to pretekst do refleksji i dyskusji, gdy mam okazję zwiedzać ją w czyimś towarzystwie. Rozmawiamy wtedy o historii, mitologii i setkach innych tematów, na jakie naprowadzają nas spotykane po drodze rzeźby i obrazy. Zdjęcia robię rzadko. Żaden ze mnie fotograf, więc wychodzę z założenia, że na Wikipedia Commons pewnie i tak znajdę lepsze.  


PS Po tak intensywnym poranku na pewno będziecie głodni. Polecam Bistro Victoires. Miejsce może nie jest wyjątkowe, ale lepszego adresu w okolicy Luwru nie znam. Jedzenie mają smaczne, a ceny – jak na Paryż – bardzo rozsądne. Będziecie mieli też okazję zobaczyć urokliwy place des Victoires. A stąd już tylko krok do ogrodów Palais Royale i najpiękniejszych paryskich pasaży. Może i po nich was kiedyś oprowadzę.


Korzystałam z:

  • Lawrence Gowing, Luwr. Arcydzieła malarstwa, Arkady 2000 r.
  • Michael Laclotte, Jean-Pierre Cuzin, Luwr – malarstwo europejskie, Arkady 1996 r.
  • Oficjalna strona Luwru; tutaj dostępny jest wirtualny plan muzeum, niestety we flashu. Ogólnie Luwr nie może pochwalić się zbyt nowoczesną stroną.

Ilustracje:

  • zdjęcie tytułowe: Marco Terenzio Müller, widok salonu kwadratowego w Luwrze, źródło: art.rmngp.fr
  • pozostałe: Wikipedia Commons oraz prywatne archiwum

CategoriesMuzeum Podróże