M

Minione problemy wielkich miast #3: Miasto w ogniu

W skrócie: Jak to się stało, że pożary nie trawią już całych miast? W poniższym artykule staram się odpowiedzieć na to pytanie. Analizuję dawne metody gaszenia pożarów, historię zawodu strażaka oraz zmiany w urbanistyce, które sprawiły, że dziś znacznie łatwiej jest nam zapanować nad ogniem w mieście.

Wystarczy chwila: potrącona podczas posiłku świeca, iskra z kominka, niedopałek papierosa, przydymiona czujność i mamy pożar. Ogień w mieście nie budzi już jednak trwogi, bo nie trawi całych dzielnic. W naturze bywa nieokiełznany, ale w przestrzeni stworzonej przez człowieka zwykle udaje się nad nim zapanować zanim zanadto się rozprzestrzeni. Jeszcze nie tak dawno ludzie żarliwie modlili się jednak, by Bóg ocalił ich od głodu i ognia. Prześledźmy zatem, co sprawiło, że dziś, mieszkając w mieście, nie musimy mieć podobnych obaw. 

Wielkie pożary i wielkie nauczki 

Wojna z ogniem w mieście, to wojna pełna błędów. Często bardzo kosztownych, bo zdarzało się, że pożar rozprzestrzeniał się na całe miasto i zmieniał je w totalne pogorzelisko.

Mapa prezentuje zniszczenia Londynu po słynnym pożarze z 1666 r. Obszary zaznaczone na biało zostały niemal w całości wypalone.

Dobrym przykładem takiego wydarzenia jest pożar starego ratusza w Amsterdamie. Dziś jego miejsce zajmuje inny budynek, bo ratusz mimo ogromnych wysiłków mieszkańców doszczętnie spłonął. Analizując metody, jakie Holendrzy wykorzystywali do walki z ogniem, nie powinniśmy raczej dziwić się , czemu tak się stało.

Jan Beerstraten, Pożar ratusza w Amsterdamie, 1652 r.

Aby zapobiec rozprzestrzenianiu się ognia sąsiednie budynki okrywano mokrymi plandekami, a spalone ściany burzono. Te białe plamy na dachach widoczne na obrazie to właśnie plandeki.

Nie było bieżącej wody, dlatego ogromnie trudno było ją dostarczyć na miejsce pożaru. Mieszkańcy ustawiali się więc w rzędzie i podawali sobie z rąk do rąk wiadra z wodą z jej najbliższego źródła (w tym wypadku z kanału). Ci odważniejsi wchodzili na drabiny, aby być bliżej ognia, który rozprzestrzenił się na wyższych kondygnacjach.

Jan van der Heyden, pożar Ratusza w Amsterdamie z 1652 r., 1690 r.

Grafika powyżej przedstawia to samo wydarzenie, co prezentowany wcześniej obraz. Poza plandekami i mieszkańcami gaszącymi pożar można na nim zaobserwować także pompę wodną. Było to dość prymitywne i średnio skuteczne urządzenie ze względu na jego ograniczony zasięg. Jak widać ramiona pompy są dość krótkie.

Jan van der Heyden, pożar Ratusza w Amsterdamie z 1652, 1690 r. (fragment)

Autorem ostatniej zaprezentowanej ryciny był Jan van der Hayden – dość dobrze znany (przede wszystkim z miejskich wedut) holenderski malarz. Zauważ, że jego rycina nie powstała zaraz po pożarze, jak obraz Jana Beerstratena. Hayden wykonał ją aż 38 lat po tym wydarzeniu. Oczywiście mógł mieć na to wpływ fakt, że w momencie pożaru Hayden miał 15 lat i nie był jeszcze w pełni wykształconym artystą. Prawdziwy powód jest jednak inny. Jan van der Hayden w odróżnieniu od Jana Beerstratena miał interes w tym, aby zilustrować słynny pożar ratusza, bo w międzyczasie udało mu się zaprojektować pierwszy skuteczny wąż strażacki.

Jan van der Hayden nie był pierwszą osobą, która wpadła na podobny pomysł, jednak wszystkie poprzednie węże pękały pod ciśnieniem wody. Haydenowi udało się temu zapobiec, wzmacniając skórzany wąż metalowymi pierścieniami. Dzięki nim wąż mógł mieć nawet 15 metrów i „strażakom” łatwiej było kierować wodę do miejsc, gdzie wciąż tlił się ogień.

Był to znaczący przełom w pożarnictwie i Jan van der Hayden miał tego świadomość. W 1677 r. opatentował więc swój wynalazek i przystąpił do jego promocji. Rycina przedstawiająca pożar ratusza w Amsterdamie była częścią podjętych przez niego działań. Ilustrując to wydarzenie, chciał pokazać jak nieudolne były dawne metody gaszenia pożarów i zaprezentować na ich tle swój własny wynalazek. To jawna sugestia, że gdyby w 1652 r. istniał wąż pożarniczy, ratusz mógłby zostać ocalony.

„Pożar ratusza w Amsterdamie” jest zaledwie jedną wielu z rycin, jakie Jan van der Hayden wykonał, aby wypromować swój wynalazek. Ilustracje, które zobaczysz poniżej miały dokładnie taki sam cel.

Rycina, na której Jan van der Hayden porównał działanie swojego węza pożarniczego ze wcześniej wykorzystywanymi pompami. Urządzenie po lewej to stara pompa bez węży pożarniczych.
Kolejna broszura reklamowa. Jak widać, dzięki wężowi “strażacy” mogą lać wodę na dach budynku i czerpać ją bezpośrednio z kanału.

Poza tym Jan van der Hayden wydał książkę o nowoczesnych metodach pożarnictwa. Dlatego dziś mówi się o nim, jako o pionierze content marketingu (marketingu treści). Jak na tamte czasy faktycznie była to mistrzowska promocja. Wieści o wynalazku Jana van der Haydena dotarły nawet do cara Rosji Piotra I, który zaprosił malarza do Moskwy, aby ten zorganizował tam departament straży pożarnej.

Wąż pożarniczy Jana van der Haydena to jeden z najbardziej przełomowych wynalazków pożarniczych od starożytności (już wtedy znano bowiem pompy). W następnych stuleciach przyszedł czas na kolejne:

  • W 1725 r. Richard Newsham skonstruował pojazd, który można uznać za pradziadka współczesnego wozu strażackiego.
  • W 1801 r. na ulicach Philadelphii pojawiły się pierwsze hydranty zaprojektowane przez Fredericka Graffa. Dzięki temu wynalazkowi woda do gaszenia pożarów mogła być pobierana z coraz liczniejszych miejskich wodociągów. Wcześniej trzeba było ją przechowywać w specjalnych kotłach, cysternach lub czerpać z rzeki.
  • W 1816 r. George William Manhby skonstruował pierwszą gaśnicę, z której woda wydobywała się dzięki sprężonemu powietrzu. Na pomysł tego, że pożary można gasić bez wody, jako pierwszy wpadł Niemiec Heinrich Gottlieb Kühn. W jego gaśnicy z 1850 r. znajdowała się siarka, saletra i węgiel. Niedługo później Francuz François Carlier skonstruował gaśnicę, z której wydobywał się dwutlenek węgla.
  • Na przełomie XIX i XX w. dużą popularnością cieszyły się też granaty przeciwpożarowe. Były to niewielkie, szklane fiolki wypełnione najpierw słoną wodą, a potem czterochlorkiem węgla, który hamował proces spalania. Główną zaletą granatów przeciwpożarowych miała być łatwość w obsłudze – wystarczyło wrzucić granat w ogień. Z tego powodu w reklamach prasowych używają ich przede wszystkim kobiety i dzieci – chodziło o to, aby pokazać, że każdy, nawet dziecko, poradzi sobie z jego obsługą.
Po lewej XIX-wieczny granat przeciwpożarowy, po prawej rycina reklamowa z 1887 r., źródło: Americanhistory.si.edu
Kolejna reklama prasowa granatu przeciwpożarowego, źródło: Macinacparks.com

Wynalazków ważnych dla historii pożarnictwa jest oczywiście znacznie więcej, ale gdybym chciała wymienić je wszystkie tekst stałby się potwornie nudny. Zamiast tego proponuję więc, abyśmy przyjrzeli się bliżej temu, kto obsługiwał wszystkie te urządzenia.

Straż pożarna z prawdziwego zdarzenia – kiedy powstała?

W miastach nie zawsze były obecne jednostki straży pożarnej. Musiało minąć sporo czasu zanim udało się je zorganizować. Było to nie mniejsze wyzwanie niż skonstruowanie hydrantu czy węża pożarniczego.

Opisywanie historii tego zawodu ponownie zajęłoby zbyt wiele czasu, dlatego skupię się jedynie na kluczowych problemach związanych z tworzeniem miejskich jednostek straży pożarnej.

Za walkę z ogniem bardzo długo byli odpowiedzialni sami mieszkańcy miast. Już w średniowieczu podejmowano co prawda próby tworzenia profesjonalnych jednostek przeciwogniowych, ale zwykle były one nieliczne i niezbyt skuteczne. Pierwszy, opłacany z budżetu państwa korpus strażaków stworzył w 1776 r. Ludwik XVI. Ludziom w nim zatrudnionym brakowało jednak profesjonalnego sprzętu i doświadczenia. Gdy w dniu ślubu Ludwika XVI i Marii Antoniny w Paryżu wybuchł więc pożar spowodowany przez pokaz fajerwerków na cześć nowożeńców, strażakom nie udało się go powstrzymać. Ciała ofiar tragedii podobno miały zapełnić 11 konnych wozów.

Działanie francuskiej straży pożarnej usprawnił dopiero Napoleon I, który w 1811 r. w odpowiedzi na kolejny tragiczny pożar, zreformował straż pożarną na wzór wojska. Od tamtej pory francuscy strażacy oficjalnie określani są mianem “pompiers”.

W innych krajach bardzo długo nie było pełnoetatowych strażaków. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych do 1853  r. nie było ani jednej profesjonalnej jednostki straży pożarnej, a za gaszenie pożarów odpowiadały prywatne firmy. To jak działały, można zobaczyć w filmie „Gangi Nowego Jorku”. W jednej ze scen do pożaru przyjeżdżają tam dwie grupy strażaków z konkurencyjnych firm, którzy zamiast wspólnie gasić ogień, angażują się w bójkę między sobą. Takie sceny faktycznie mogły mieć miejsce na ulicach XIX-wiecznego Nowego Jorku, bo strażacy byli nagradzani dopiero po interwencji.

Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Wielkiej Brytanii działały w tym czasie również towarzystwa ubezpieczeniowe. Gdy ubezpieczyło się dom w takiej instytucji, można było liczyć nie tylko na wypłatę odszkodowania, ale przede wszystkim na pewną interwencję strażaków. Towarzystwa ubezpieczeniowe z jednej strony zrobiły dużo dobrego dla ochrony miast przed ogniem, bo przed ubezpieczeniem mieszkania czy domu dokonywano jego inspekcji i usuwano wszelkie przedmioty, które mogły stanowić zagrożenie pożarowe. Z drugiej strony jednostki straży pożarnej, będące na ich usługach, były średnio skuteczne z perspektywy całego miasta. Wszystko przez to, że miały obowiązek gasić pożary jedynie w ubezpieczonych domach, które oznaczano specjalnymi symbolami. Jeśli kogoś nie było na to stać, jego dom mógł się stać przyczyną pożaru w całej dzielnicy.

Tak naprawdę profesjonalizację zawodu strażaka przyniósł dopiero koniec XIX i XX w. W wielu krajach straż pożarna została wówczas znacjonalizowana. Sami strażacy dostali natomiast jednolite umundurowanie i comiesięczne wynagrodzenie. Dopiero wtedy miasta mogły naprawdę skutecznie walczyć z ogniem.

Miasto ognioodporne

To, że ogień nie trawi już całych dzielnic miast, jest zasługą nie tylko nowoczesnego sprzętu i profesjonalnych jednostek straży pożarnej, ale również tego, jak są one budowane. Już w 1666 r. po pożarze Londynu król Anglii Karol II wydał rozporządzenie, które mówiło, że nowe budynki mogą powstawać jedynie z kamienia i cegły. Określono też minimalną szerokość ulic.

“[ulice] mają być tak szerokie, aby z Bożą pomocą zapobiec nieszczęściu, że ucierpi jedna strona, kiedy druga się zapali, jak to ostatnio było z Cheapside”.

fragment rozporządzenia Karola II wydanego po wielkim pożarze Londynu w 1666 r.
Wielki pożar Londynu, autor nieznany, domena publiczna

W praktyce drewniana zabudowa zaczęła znikać z miast dopiero w połowie XIX w., kiedy zmechanizowano produkcję cegły. Wtedy nawet ubożsi mogli sobie pozwolić na zamieszkanie w murowanym domu.

Obecnie budynki, w których mieszkamy i pracujemy, podlegają szeregom przepisów przeciwpożarowych. Architekt musi tak zaplanować ciągi komunikacyjne, aby w razie pożaru wszyscy ludzie, którzy znajdują się wewnątrz, byli w stanie spokojnie go opuścić. Dokładnej kontroli poddawane są też wszystkie materiały budowlane. Te łatwopalne są ograniczane do minimum.

Poza tym we współczesnych domach żywy ogień jest już niemal całkowicie zbędny. Do oświetlania mieszkań wykorzystujemy żarówki elektryczne, wnętrza ocieplamy za pomocą systemów centralnego ogrzewania i coraz częściej zamiast na gazie gotujemy na kuchenkach indukcyjnych. Tymczasem w dawnym domu było pełno sprzętów, które mogły spowodować pożar: kuchnie węglowe, piece kaflowe, świece. Wystarczyła chwila nieuwagi, aby ogień zajął dywan, zasłonę albo tapetę na ścianie.

To szczęście w nieszczęściu, że katedra Notre Dame zapaliła się w 2019 r., a nie 1818 r. Gdyby do pożaru doszło dwa wieki wcześniej, zapewne spaliłby się nie tylko dach, ale i całe wyposażenie. Niewykluczone, że ucierpiałyby też inne budynki albo cała wyspa Cité.

Dziś żywioł cały czas jest groźny, ale mamy nad nim znacznie większą kontrolę. Przynajmniej w mieście. W naturze nie tak łatwo go okiełznać, ale może z czasem i tego się nauczymy.   


Tekst jest trzecią i ostatnią częścią cyklu „Minione problemy wielkich miast”. Oto dwie pierwsze części serii:


Korzystałam z:

  • Bruce Hensler, Crucible of Fire. Nineteenth Century Urban Fires and the Making of the Modern Fire Service, 2011 r.
  • Peter Ackroyd, Londyn. Biografia, 2011 r.

Poza tym polecam następujące artykuły:

  • Joanna Banaś, Gaśnica – bicz na ogień. Historia przedmiotu, źródło: Gazeta Wyborcza
  • Jackson Landers, In the Early 19th Century, Firefighters Fought Fires … and Each Other, źródłó: Smithsonian Magazine
  • Jan Synowiecki, Echos des Lumières – La ville en flammes, źródło: Nonfiction.fr
  • Douglas Murphy, Fire doesn’t just destroy cities – it is the reason they look the way they do, źródło: The Guardian

Zdjęcie tytułowe: Hubert Robert – Pożar Hôtel-Dieu w Paryżu, 1772 r., domena publiczna

Wszystkie pozostałe ilustracje są w domenie publicznej. Korzystałam przede wszystkim z Wikipedia Commons oraz Rijksstudio.

CategoriesHistoria