M

Minione problemy wielkich miast #2: Sterty śmieci i końskich odchodów na ulicach

Nowy Jork końca XIX wieku. Fotografia przedstawia grupę dzieci bawiących się w rynsztoku. Może puszczają łódki albo grają w kulki, trudno to stwierdzić. Jedno z nich spostrzegło fotografa, bo wyraźnie wskazuje palcem w kierunku obiektywu. Tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest jednak martwy koń. Czy dzieci nie mogły sobie znaleźć lepszego miejsca do zabawy? Dlaczego nikt nie sprzątnie truchła?

Odpowiedź jest więcej niż prosta. Taki po prostu był ówczesny Nowy Jork. Ulice tonęły w błocie, końskim łajnie oraz resztkach jedzenia. Nie trudno było też natknąć na gnijące trupy różnych zwierząt. Z dzisiejszej perspektywy uprzątnięcie tego bałaganu może wydawać się łatwe, ale dla dawnych nowojorczyków było to równie duże wyzwanie, co dla nas likwidacja Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. Tym bardziej warto przyjrzeć się więc tym zmaganiom. Może uda się wyciągnąć z nich jakąś lekcję?

Przenieśmy się do czasów, gdy wszyscy byli zero waste

Bynajmniej nie z troski o dobro matki ziemi. Zbieranie i przetwarzanie odpadów było po prostu intratnym biznesem. W historii szczególnie zapisał się jeden z takich kontraktów. W 1815 r. Rosjanie kupili od Brytyjczyków hałdę popiołu składowaną latami na obrzeżach Londynu. Po co? Potrzebowali materiałów budowlanych do odbudowy spalonej Moskwy, a popiół nadawał się do tego idealnie, bo przydawał się przy produkcji cegieł.

Nie tylko na sprzedaży popiołu dało się zarobić. W XIX-wiecznym mieście praktycznie wszystko miało wartość. Ze starych, lnianych szmat produkowano papier, muszle i potłuczone naczynia przerabiano na wapno budowlane, a zwierzęce odchody trafiały na wieś jako naturalny nawóz.

E. H. Dixon, hałda popiołu w okolicy King’s Cross w Londonie, 1837, źródło: Wellcome Library

Zbiórka zdatnych do przetworzenia odpadów nie podlegała żadnej oficjalnej kontroli administracyjnej. Był to raczej organicznie powstały system, na jaki składały się setki niewielkich, prywatnych biznesów. Prowadzili je najczęściej ludzie żyjący w ekstremalnej biedzie, którym trudno było znaleźć lepszy sposób na życie. Z czasem wykształciły się wśród nich osobliwe specjalizacje i hierarchia, co starałam się zobrazować na infografice poniżej.

Zero Waste vs Metropolia 0:1. Czyli zmierzch świata bez odpadów

Wszyscy ci “specjaliści” całkiem nieźle radzili sobie z odśmiecaniem miast. W pewnym momencie przekroczony został jednak moment krytyczny i metropolie – wszystko jedno czy mówimy o Paryżu czy Londynie – zaczęły puchnąć od odpadów. Śmieci były po prostu wszędzie: na ulicach, w rzekach, podwórkach kamienic. Rozrzucone po całym mieście hałdy odpadów nie tylko szpeciły ulice, ale i potwornie cuchnęły. Przyciągały też szczury, bezdomne koty i psy – a stąd już tylko krok do wybuchu epidemii.

Nie mniej problemów sprawiało czyszczenie dróg miejskich z błota i końskiego łajna. Korzystali na tym wspomniani zamiatacze – jedni z najniższych w hierarchii śmieciarzy, najczęściej sieroty, którzy zaczepiali bogatych przechodniów na ulicy, licząc na to, że dostaną zapłatę za utorowanie drogi z odpadów.

William Powell Frith, Uliczny zamiatacz, 1858 r., źródło: WIkipedia Commons

Gdy zamiatacza nie było w pobliżu, a do pokonania była nieutwardzona drewnem lub brukiem ulica, trzeba było brodzić po kostki w śmierdzącym błocie, będącym mieszanką ziemi, słomy i zwierzęcych ekskrementów. Najtrudniej rzecz jasna miały panie. Te najbogatsze często nie wychodziły nawet z dorożek, podczas gdy zakupy przynosiły im ekspedientki ze sklepów.

Constantin Ernest Adolphe Hyacinthe, Na ulicy, XIX w., źródło: art.rmngp.fr

Jeżeli modna Pani nie miała jednak takiej możliwości i podczas spaceru po mieście nie uniosła spódnicy lub trenu, mogła być pewna, że pod jej halkami zgromadzi się pokaźna kolekcja śmieci, i to nie tylko ziemi i kurzu. Oto co jedna z takich nieuważnych dam zostawiła na chodniku, wsiadając do dorożki:

  • 2 wypalone cygara,
  • 9 papierosów,
  • 4 wykałaczki,
  • kawałek pork pie (galaretka wieprzowa w chrupkim cieście),
  • dwie spinki do włosów,
  • trzonek od fajki,
  • fragment skórki pomarańczowej,
  • plaster “cat’s meat”, czyli mięsa dla kota, a nie z kota, najczęściej była to konina,
  • fragment podeszwy buta,
  • wyrzuty tytoń,
  • słoma, błoto i różne odpady uliczne.

Listę sporządziła Lady Harberton – założycielka stowarzyszenia Rational Dress Movement, którego celem było zreformowanie damskiej mody, tak aby lepiej odpowiadała faktycznym potrzebom kobiet, a nie sztywnym konwenansom. Lady Harberton bardzo troszczyła się też o zdrowie pań. Była wielką przeciwniczką gorsetów, promowała jazdę na rowerze i długie spacery. Trudno jednak, by te sprawiały przyjemność w takich warunkach. Zwłaszcza gdy miało się na sobie suknię, której tren był skuteczniejszy od niejednej mechanicznej zamiataczki.

4 największe przeszkody na drodze ku czystym miastom. Jak je pokonano?

Postawmy się w miejscu burmistrza dowolnego XIX-wiecznego miasta. Śmieci z ulic trzeba było się pozbyć i to w trybie pilnym. W innym wypadku kolejna epidemia cholery lub tyfusu mogłaby najpierw zdziesiątkować slumsy, a potem rozprzestrzenić się na kolejne dzielnice miasta. Z dzisiejszej perspektywy rozwiązanie tego problemu wydaje się nam proste. Pamiętajmy jednak, że mówimy o epoce, która nie zna podatków śmieciowych ani nawet prostego kosza na śmieci. Te rozwiązania trzeba było dopiero wypracować. Jakiekolwiek działania skutecznie utrudniały jednak trzy następujące kwestie:

  1. Mieszkańcy (poza wąskim gronem działaczy społecznych) byli raczej niechętni zmianom. Przyzwyczaili się do wyrzucania śmieci gdzie popadnie.
  2. W wielu departamentach miejskich panowała korupcja, co skutecznie utrudniało reformy. Tym bardziej, gdy wśród radnych znalazł się ktoś, kto czerpał niemałe korzyści finansowe ze zbiórki i przetwarzania odpadów.
  3. Po ulicach przemieszczały się setki powozów zaprzęgniętych w konie. Trudno, by w takich warunkach drogi były czyste. Z uprzątnięciem coraz większej ilości końskiego nawozu nie poradziłaby sobie nawet armia zamiataczy.

Niełatwo było sprostać wszystkim tym wyzwaniom. Wymagały w końcu totalnej reorganizacji stylu życia w mieście i wykorzenienia wielu starych przyzwyczajeń. Udało się to jednak, choć nie bez potknięć i błędów. Prześledźmy zatem ten proces punkt po punkcie, zaczynając od najprostszych i kończąc na tych najbardziej złożonych problemach.

Giuseppe de Nittis, National Gallery i kościół św. Marcina w Londynie, źródło: art.rmngp.fr

Wyzwanie nr. 1: Pokonać złe nawyki mieszkańców

Aby śmieci nie trafiały na ulicę, trzeba było odbierać je od mieszkańców. Skutecznie i regularnie, a nie tak jak miało to miejsce do tej pory. Zarówno Londyn, jak i Nowy Jork zatrudniał bowiem śmieciarzy, którzy w teorii zobowiązani byli raz lub dwa razy w tygodniu odbierać śmieci z każdego domu. Byli jednak tak słabo opłacani, że oprócz regularnej płacy oczekiwali od klientów napiwków. Biedoty mieszkającej w slumsach rzecz jasna nie było na to stać, dlatego śmieciarze po prostu omijali ich domy.

Reklama kosza na śmieci marki “Victor, 1914 r., źródło: www.architectmagazine.com

W 1875 r. radni miejscy w Londynie powiedzieli dość tej sytuacji, wprowadzając do powszechnego użytku znane nam wszystkim kosze na śmieci. Pojemnik miał obowiązkowo znajdować się w każdym domu. Nie można było wrzucać do niego wszystkich odpadków. Oficjalna instrukcja postępowania z odpadami brzmiała następująco:

Nigdy nie wyrzucaj do śmietnika odpadków roślinnych ani kości. Obierki po ziemniakach, kapuściane głąby i wszelkie organiczne odpady w tym kości, ości ryb powinny zostać spalone w kominku albo wyrzucone do specjalnego pojemnika na tyle podwórka i zasypane wapnem. Gdy odpadki zostaną wrzucone w duży ogień, pozbędziesz się ich szybko, niemal bez żadnego przykrego zapachu. Jeżeli jednak płomień będzie słaby, będą tliły się powoli, wydzielając brzydki zapach, dlatego należy tego unikać. Zwęglone resztki można wrzucić do kosza na śmieci.

Nigdy nie wyrzucaj do śmietnika starych szmat, powinny zostać wcześniej spalone.

Nigdy nie wyrzucaj do śmietnika liści lub fusów herbacianych ani żadnych innych odpadków, które są wilgotne lub nadpleśniałe.

Bow Bells, 10 Marca 1893 r., źródło cytatu: https://bit.ly/2HvRDZx

Był to zatem raczej popielnik niż kosz na śmieci we współczesnym tego słowa znaczeniu, ale to i tak wystarczyło, by zapanować nad chaosem śmieciowym w mieście. Mieszkańcy wyrzucali odpadki do koszy, bo po prostu nie mieli innego wyjścia. Opłaty za cotygodniowy odbiór śmieci były pobierane nawet wtedy, gdy śmieciarz zastał w domu pusty pojemnik.

Charles Cooper Henderson, Londyńscy śmieciarze, XIX w., źródło: Museum of London

Paryż poszedł jeszcze o krok dalej. W 1884 r. prefekt departamentu Sekwany Eugene Poubelle wydał rozporządzenie, które zobowiązywało zarządcę każdego budynku do zapewnienia mieszkańcom aż trzech koszy na śmieci krytych pokrywą. Pojemniki należało oznaczyć następująco:

  • Kosz na odpady nadające się do kompostowania.
  • Kosz na szmaty i papier.
  • Kosz na muszle i potłuczone naczynia. 

Czy Paryżanie od razu dostosowali się do nowych zasad? W żadnym wypadku, nie byli pod względem ani trochę lepsi od nas. Prasa i mieszkańcy miasta nie zostawili na prefekcie suchej nitki. Uważano, że nowe przepisy są absurdalne i do tego zbyt mocno ingerują w życie prywatne.

Obrazek satyryczny opublikowany w magazynie Le Charivari w roku 1884 r., źródło: https://bit.ly/2NBpRPi

 “Któregoś dnia panowie Camescasse, Poubelle lub Tartempion wydadzą dekret, w którym będą określony godziny, w których mamy kochać się, jeść i odpoczywać”

LOUIS DE GRAMANT DLA MAGAZYNU “L’INTRANSIGEANT”
Pojemniki na śmieci na ulicy Emila Zoli w Paryżu, 1913 r., źródło: Gallica BnF

Utrzymywano również, że nowe rozporządzenie zaburzy dotychczasową hierarchię społeczną. Czym niby mieli zajmować się teraz szmaciarze, zbieracze kości i innych odpadków? Nowy dekret skazuje ich samych na nędzę, a wykonywane przez nich zawody na zapomnienie!

Z czasem kontrowersje jednak opadły i Francuzi przyzwyczaili się do nowego systemu segregacji odpadów. Wojna między prefektem a paryżanami wciąż widoczna jest jednak we współczesnym języku francuskim, gdzie kosz na śmieci to po prostu “poubelle”.

Kadr z serialu “Alienist” wyraźnie inspirowany zdjęciem prezentowanym na początku artykułu

Wyzwanie 2: Korupcja i nieudolność władz

Zauważyliście, że opisując sukcesy różnych miast w walce z odpadami, słowem nie wspomniałam o Nowym Jorku? A przecież to właśnie tam rozpoczęłam swoją opowieść.

Wszystko przez to, że Nowy Jork nie radził sobie z odpadami zbyt dobrze. Podczas gdy Londyn i Paryż konsekwentnie odśmiecały ulice i edukowały mieszkańców w kwestii zarządzania odpadami, na ulicach Nowego Jorku wciąż zalegały tony śmieci, w tym martwe zwierzęta, co mogliśmy zaobserwować na zamieszczonej na wstępie fotografii.

Podstawową przyczyną takiego stanu rzeczy była korupcja w hrabstwie Nowy Jork. Przekręty nie omijały także zarządzania odpadami, na których sprzedaży, jak już wiemy, można było sporo zarobić. Pieniądze nie trafiały jednak do żyjących na skraju nędzy imigrantów, którzy zajmowali się zbieraniem śmieci z ulic, lecz miejscowych polityków (m.in. tych związanych ze stowarzyszeniem Tammany Hall).

Jacob A. Riss, slumsy Nowego Jorku, 1889 r.

Impas minął za sprawą dwóch głośnych afer:

  1. Najpierw w prasie ukazały się fotografie Jacoba A. Riisa – duńskiego reportażysty, który  udokumentował fatalne warunki życia w nowojorskich slumsach. Artykuł wstrząsnął opinią publiczną, która często nie była świadoma tego, jak brudne są dzielnice nędzy. Rejony zamieszkane przez elity były bowiem regularnie sprzątane.
  2. Potem na jaw wyszło, że politycy związani z Tammady Hall przekupstwem zjednali sobie policję. To doprowadziło do dymisji ówczesnego burmistrza Nowego Jorku, który był jednocześnie “bossem” Tammady Hall. Jego miejsce zajął William Lafayette Strong.

Strong wyrzucił z rady miasta wszystkich polityków powiązanych z Tammady Hall i rozpoczął tworzenie własnych struktur. Zadanie uprzątnięcia miasta początkowo planował powierzyć Teodorowi Rooseveltowi, który cieszył się już wówczas sławą niezłomnego, skutecznego polityka. Ten nieoczekiwanie odmówił jednak nominacji na to stanowisko. Był gotowy na walkę z korupcją i przestępczością, ale nie ze śmieciami. Skąd ta niechęć? Po prostu uważał, że jest to niewykonalne zadanie.

Jacob A. Riss, ulice Nowego Jorku, 1889 r.

“Oszalałeś? To absolutnie niewykonalne zadanie. Nie zdołam tego zrobić, ani ja, ani nikt inny”

TEODORE ROOSVELT W ODPOWIEDZI NA PROPOZYCJĘ OBJĘCIA STANOWISKA SZEFA DEPARTAMENTU SANITARNEGO MIASTA NOWY JORK

Rooseveltowi przypadł więc w udziale będący przyczyną całej afery departament policji, a w sprawie uprzątnięcia miasta Strong zwrócił się do Georga Warringa – inżyniera, pracującego dotąd w Memphis, gdzie udało mu się wdrożyć innowacyjny system kanalizacyjny własnego projektu.

Warring nie od razu zgodził się, przyjąć to stanowisko. Najpierw postawił przed burmistrzowi twarde warunki: po pierwsze, nikt nie miał prawa wtrącać się do podejmowanych przez niego działań, po drugie to on, nie burmistrz będzie decydował, kto pracuje w jego departamencie.

Strong przystał na ten układ, a Warring z marszu wprowadził w departamencie zarządzania miastem hierarchiczną, militarną strukturę. Zatrudnił do sprzątania ulic armię ludzi, którzy ze względu na białe uniformy zaczęli być nazywani “Białymi skrzydłami” (en. White Wings). Białe stroje nie były przypadkiem. Waringowi zależało na tym, aby ludzie zaczęli kojarzyć porządek w mieście ze zdrowiem publicznym. Dlatego ubrał swoich ludzi jak pracowników szpitali. Białe skrzydła nosiły też hełmy – ten element miał uczynić ich pracę bardziej prestiżową i bezpieczniejszą. Nie wszystkim mieszkańcom Nowego Jorku podobały się bowiem reformy Waringa. Z obawy przed malkontentami ubrano więc ich w hełmy ochronne, a niekiedy osłaniano nawet szwardomem policji.

źródło: DSNY

Wyzwanie 3: Koński nawóz na ulicach

Ani w Londynie, ani w Paryżu, ani w Nowym Jorku nie potrafiono znaleźć rozwiązania problemu stale rosnącej liczby koni w miastach. Sprzątanie ulic z ich odchodów było prawdziwie syzyfową pracą i nic nie zwiastowało tego, aby sytuacja miała się poprawić, bo dorożek i omnibusów cały czas przybywało. W 1900 r. po ulicach Londynu krążyło ok. 50 000 koni, z których każdy produkował od 6 do 15 kg nawozu dziennie. To chyba dobrze ilustruje skalę problemu.

“Za 50 lat każda ulica Londynu będzie tonąć w wysokiej na trzy metry stercie nawozu”

– DZIENNIKARZ “THE TIMES”, 1894 R.
źródło: 99percentinvisible.org

W 1898 r. w Nowym Jorku odbyła się nawet konferencja, mająca na celu zaradzić Wielkiemu Kryzysowi Końskiego Łajna (en. Great Horse Manure Crisis). Wzięli w niej udział najbardziej szanowani inżynierowie i urbaniści zachodniego świata, ale mimo trzech dni debat nie udało im się wypracować żadnych konkretnych rozwiązań.

Tonącym w końskim łajnie miastom na ratunek przyszła technologia. Okazało się, że pojazdy można wprawić w ruch nie tylko siłą końskich mięśni. Automobilom wystarczył do tego zasilany ropą silnik.

Pierwsza w historii reklama samochodu, 1898 r., źródło: Wikipedia Commons

Prototypy pierwszych samochodów istniały już, gdy w Nowym Jorku trwała wspomniana konferencja urbanistyczna. Były to jednak sprzęty drogie i mało powszechne, dlatego uczestnicy debaty w ogóle nie brali pod uwagę scenariusza, w którym koni nie ma na ulicach.

Gdy taśmę produkcyjną opuścił jednak pierwszy Ford T, podejście do nowego wynalazku zupełnie się zmieniło. Samochód nie był już dobrem luksusowym. Na jego zakup mógł sobie pozwolić nawet zwykły robotnik. Do tego utrzymanie auta było tańsze niż wykarmienie konia. Nikogo nie trzeba więc było specjalnie przekonywać do nowej technologii. Dorożkarze z własnej woli przesiadali się na taksówki, bo takie rozwiązanie było dla nich bardziej opłacalne i mniej czasochłonne. Tym sposobem konie w miastach stały się zbędne. Ostatni tramwaj konny w Nowym Jorku zlikwidowano w 1917 r. Wraz z nim do historii przeszedł również kryzys wywołany przez tony obornika gnijącego na ulicach.  

Julius LeBlanc Stewart, Panie Goldsmith w samochodzie marki Peugeot, 1901 r., źródło: art.rmngp.fr

Czego uczy nas ta historia?

Omówiliśmy już wszystkie najważniejsze wyzwania związane z gospodarką odpadami w wiktoriańskich metropoliach, pora więc na morał. Zauważmy, że nie uporalibyśmy się z tym problemem, gdyby nie:

  • Żelazna konsekwencja władz. Burmistrzowie Paryża, Nowego Jorku i Londynu decydowali się na różne radykalne kroki, nawet jeśli musieli liczyć się z oporem społecznym i utratą popularności.
  • Postawienie zdrowia publicznego przed interesami określonych grup. W Nowym Jorku konieczne reformy bardzo długo wstrzymywali politycy, którym było z nimi nie po drodze. Problem rozwiązał się dopiero gdy skruszono ten mur. 
  • Rozwój technologii. Mowa tu jednak o technologiach niestandardowych, kreatywnych, które w zupełnie nowy sposób podchodzą do problemu. Przez cały XIX wiek głowiono się nad skuteczną metodą sprzątania po koniach. Rozwiązanie przyniosło dopiero wycofanie ich z ulic.

XIX-wieczni reformatorzy nie ustrzegli się oczywiście od błędów. Pierwsze spalarnie śmieci, z których Brytyjczycy początkowo byli niezwykle dumni, trzeba było zamknąć po niecałych 10 latach funkcjonowania, bo emitowały ogromne ilości pyłu, który utrudniał funkcjonowanie okolicznym mieszkańcom. Zastąpiły je jednak nowocześniejsze, wyposażone w specjalne filtry obiekty.

Podobnie samochód – on też przyniósł miastom kolejne problemy: emituje chmury spalin i więzi nas w ciągnących się kilometrami korkach. To, podobnie jak tony plastiku w oceanach, jest już jednak wyzwanie dla nas.  


Korzystałam z:


Ilustracje:


Tekst jest częścią cyklu „Minione problemy wielkich miast”.  Do tej pory ukazały się dwa artykuły z planowanych trzech części serii – tekst, którego lekturę właśnie zakończyłeś oraz:

W planach jest jeszcze trzeci artykuł, w którym przyjrzymy się, jak to się stało, że miast nie trawią już wielkie pożary.  

Swego czasu napisałam też tekst o plastiku: Plastik: dobry czy zły?

CategoriesBez kategorii