D

Do czego zdolne są fake newsy? O mniej znanych przyczynach odkryć geograficznych

Nasz współczesny obraz świata, choć bywa skrzywiony przez stereotypy, wydaje się być pełny. Wiemy, że prócz siedmiu kontynentów na Ziemi nie ma żadnych nieznanych lądów, nie szukamy ich też pod powierzchnią lądu, ani w wysokich górach. Pozostaje nam fantazjować o pozaziemskich światach, choćby na Marsie, ale i czerwona planeta jest już dość dobrze zbadana. Nie zawsze jednak tak było. Jeszcze do niedawna świat większości ludzi kończył się na rodzinnej wiosce lub mieście. Co było dalej? Rozbudzona niewiedzą wyobraźnia zdobywała się na rozmaite twory. Oto jedna z tego typu historii.

A co jeśli świat nie kończy się na oceanie?

Stojąc na klifie Cabo da Roca, rozmawiamy o tym, co za szaleństwo pchnęło Portugalczyków do tego, aby opuścić ten może nie najbogatszy, ale bezpieczny skrawek atlantyckiego wybrzeża i ruszyć w kierunku Afryki. W tym miejscu pytanie nabiera na sile. Wybrzeże jest okropnie strome, wiatr bardzo porywisty, a ocean wybitnie groźny. To tu kończył się średniowieczny świat. O tym, co było dalej, krążyły jedynie legendy.

Jakiś czas później w moje ręce trafiła fenomenalna książka Rogera Clowleya “Zdobywcy” i dostałam odpowiedź na swoje pytanie. Była znacznie bardziej rozbudowana niż się spodziewałam.

Oprócz bogactw, sławy, przypraw korzennych i zemsty na muzułmanach, którzy w 1453 r. zajęli Konstantynopol, okrążając chrześcijańską Europę ze wszystkich stron, Portugalczycy szukali za horyzontem Księdza Jana.

Kim był Ksiądz Jan? – zapytacie.

Sęk w tym, że ktoś taki najprawdopodobniej nigdy nie istniał. Za sprawą pewnego listu, który dziś określilibyśmy mianem nośnego fake newsa, uwierzył w niego jednak cały zachodni świat. Sfabrykowany dokument w 1165 r. trafił do patriarchy Konstantynopola, a potem w licznych kopiach rozpowszechnił się w całej Europie. Kto i po co go napisał? Tego nie wiemy. Jak dotąd nikomu nie udało się tego precyzyjnie ustalić. Umberto Eco wysuwa hipotezę, że dokument mógł powstać w skryptoriach Fryderyka Barbarossy. Wykorzystuje też ten motyw w powieści “Baudolino”. Czy faktycznie tak było? Pozostaje nam jedynie zgadywać.

Fragment mapy z wizerunkiem Księdza Jana jako króla Indii, koniec XVI w.

Bajecznie bogaty Pan z dalekiego kraju

Doskonale znany jest za to domniemamy autor listu. Był to sam Ksiądz Jan – pan nad panami, który bogactwem przewyższa wszystkich królów na całej ziemi. W liście opisywał swoje mlekiem i miodem płynące królestwo, gdzie ludzie karmią się manną i dzięki temu żyją po pięćset lat (dokładnie tak jest tam napisane!). Wizja, którą roztoczył, poruszyła wszystkie ówczesne dwory w Europie. Papież Aleksander III wysłał nawet do dalekiego kraju poselstwo. W którym kierunku się udało? Trudno to ustalić. Ksiądz Jan był bardzo hojny, jeśli chodzi o pełne wzniosłych epitetów opisy swojego kraju, ale na wskazówki odnośnie jego lokalizacji zabrakło mu miejsca. Z tego powodu szukano go zarówno w Indiach, jak i Afryce.

Pewnie zastanawiacie się, jak to się stało, że adresaci listu, a byli to ludzie doskonale wykształceni, tak łatwo dali wiarę opisowi, który na pierwszy rzut oka trąci fikcją. I dziś bardzo łatwo nas oszukać, choć na wyciągnięcie ręki mamy potężne źródło informacji, jakim jest internet. Ludzie średniowiecza o czymś podobnym nawet nie marzyli. W ówczesnych realiach na informację trzeba było czekać tygodnie, miesiące, a nawet lata. Wystarczy wspomnieć relację podróży Marco Polo, która sławę zyskała dziesiątki lat po tym, jak ten odwiedził Chiny. Świat ludzi średniowiecza ograniczał się zatem do tego, co znali ze swojego najbliższego otoczenia. Dlatego bardziej skorzy byli wierzyć w istnienie jednorożców niż zwierząt z ciałem jelenia, ogonem wołu, miękkimi rogami i błyszczącymi plamami na skórze – to autentyczny opis żyrafy. Tak natomiast zdaniem człowieka średniowiecza wyglądał lew.

Trzeba też przyznać, że list Księdza Jana niósł niezwykle atrakcyjną perspektywę. Pojawił się w momencie, gdy europejscy monarchowie przymierzali się do kolejnej wyprawy krzyżowej. Gdyby Ksiądz Jan faktycznie istniał, można by wejść z nim w sojusz i wyzwolić Jerozolimę. Podobnie myśleli Portugalczycy trzy wieki później. Liczyli na to, że Ksiądz Jan pomoże im oskrzydlić muzułmanów. Gdy snuli plany opłynięcia Afryki, mityczne królestwo najczęściej utożsamiano z Etiopią. Byli przekonani, że da się tam dotrzeć rzekami płynącymi w poprzek Afryki. Dziś doskonale wiemy, że nie jest to możliwe – takich rzek oczywiście tam nie ma – Portugalczycy wiedzieli jednak na temat Afryki bardzo mało. Doskonale dokumentuje to mapa Fra Mauro – wenecjanina, który na zlecenie króla Portugalii opracował bardzo dokładny, choć pełen niedomówień, obraz ówczesnego świata.

Aby mapa była czytelna, musiałam ją odwrócić. W oryginale to południe znajduje się na górze. Wynika to stąd, że Fra Mauro najpewniej wzorował się na mapach arabskich, te z kolei zawsze były zorientowane w ten sposób. Średniowieczni kartografowie z Europy nie byli natomiast w tej kwestii zgodni. Na górze najczęściej umieszczano wschód, bo to właśnie tam – w miejscu gdzie budzi się słońce – miał się znajdować biblijny raj.

Osobliwi poddani Księdza Jana

Wróćmy jednak do Księdza Jana i jego mitycznego królestwa. Wiemy już, że powodem, dla którego Europejczyków tak bardzo ono fascynowało, miały być jego bogactwa. Ogromną ciekawość budzili też mieszkańcy. Spodziewano się tam spotkać wszelkie potwory, o których pogłoski krążyły po Starym Kontynencie od czasów antycznych. Poznajcie je bliżej:

Blemjowie. Te stwory już kojarzycie, wizerunek jednego z nich posłużył za tytułowe zdjęcie artykułu. Były to postaci bez głowy z twarzą zlokalizowaną na piersiach. Miał ich spotkać i pochwycić sam Aleksander Wielki; tak przynajmniej zapisano w “Aleksandrei” – zbiorze bardzo popularnych w średniowieczu rycerskich legend, które z prawdziwą historią Aleksandra Wielkiego nie mają zbyt wiele wspólnego. Blemjowie bardzo często pojawiają się także na wszelkiego rodzaju mapach, wraz z rosnącą wiedzą o świecie przesuwa się jednak ich ojczyzna. Raz zamieszkują Indie, raz Etiopię, potem przenoszą się do Nowego Świata, by finalnie zniknąć z powierzchni Ziemi.

Skiapodzi (jednonogi). Czytelnicy “Opowieści z Narnii” mogą znać i te postaci. Pojawiają się w trzecim tomie cyklu, który okazuje się mieć sporo wspólnego z moją dzisiejszą opowieścią. Załoga “Wędrowca do Świtu”, w skład której wchodzą także Edmund i Łucja, rusza na niebezpieczną wyprawę mającą na celu zbadanie nieznanych Mórz Wschodnich, po cichu marzą też, że uda im się trafić do krainy Aslana, która także ma się znajdować na wschodzie (a gdzieżby indziej!)

Jednonodzy zamieszkują jedną z wysp, na jaką natrafiają po drodze. Oto jak opisuje je Łucja:

“(..) Z każdego tułowia wyrastała tylko jedna noga zakończona jedną olbrzymią stopą z szerokimi, zakrzywionymi nieco do góry palcami, tak że cała stopa przypominała trochę małe czółno. Łucja natychmiast zrozumiała, dlaczego te istoty podobne były przedtem do grzybów. Po prostu każda z nich leżała na plecach z nogą sterczącą z powietrzu; to właśnie owe olbrzymie stopy przypominały kapelusze grzybów. Później dowiedziała się, że był to ich zwykły sposób odpoczynku, bo stopy chroniły je przed słońcem i deszczem. Jednonóg leżący pod swoją własną stopą czuje się po prostu jak w namiocie.”  

To nie wyobraźnia Lewisa wydała na świat tak osobliwe postaci. Skiapodzi podobnie jak blemjowie znani byli ludzkości od wieków. Autor “Opowieści z Narnii”, jako specjalista od literatury średniowiecznej, po prostu o nich przypomniał.

Wielkousi, psiogłowi i cyklopi. Ci pierwsi mieli uszy tak wielkie, że mogli się nimi okrywać jak kocem, drudzy w miejscu głowy łeb psa, a cyklopi to ludzie z jednym okiem. Oprócz nich ziemie Księdza Jana zamieszkiwać miały jeszcze feniksy, fauny, olbrzymy i rzesza innych monstr, których istnienia człowiek średniowiecza i wczesnej epoki nowożytnej nie poddawał w wątpliwość. Ich wizerunki zdobią mapy, bestiariusze i portyki katedr. Jednak ani w Afryce, ani w Azji rzecz jasna ich nie było. Portugalczycy mieli okazję przekonać się o tym na własne oczy – dopiero wtedy przestali wierzyć Pliniuszowi – historykowi z czasów rzymskich, który w swojej “Historii naturalnej” dał podwaliny wyobrażeniom wszystkich tych kreatur – i zaufali faktom.

Wielkie odkrycia geograficzne odsłoniły prawdziwą twarz Księdza Jana

Opowieści o Indiach i Nowym Świecie, choć fascynujące, nieco rozczarowały Europejczyków. Nie było w nich bowiem blemjów, wielkouchych i skiapodów, których spodziewali się tam znaleźć. “Odkryłem wiele niezamieszkanych przez ludzi wysp, ale nie spotkałem tam żadnych człekokształtnych potworów” – pisał Krzysztof Kolumb w oficjalnym raporcie ze swojej wyprawy. Widać, że czuł potrzebę, by się wytłumaczyć z tego, że świat, do którego dotarł znacznie różni się od tego, który mają w wyobraźni jego patroni.

Miniatura jest ilustracją “Opisania świata” autorstwa Marco Polo. Podróżnik słowem nie wspomina o cyklopach i skiapodach, ale dla miniaturzysty oczywiste było, że zamieszkują oni dalekie krainy, dlatego nie zawahał się ich tam umieścić / Mistrz Godzinek marszałka de Boucicaut, Livre de merveilles, XV w.

Portugalczycy także musieli pogodzić się z faktem, że Ksiądz Jan nie wesprze ich w walce o dominację na Oceanie Indyjskim. Etiopia, choć faktycznie zamieszkana przez chrześcijan (dokładnie nestorian), nie była w stanie przeciwstawić się silniejszym muzułmańskim sąsiadom. Indie okazały się być natomiast ojczyzną wyznawców zupełnie innej religii. Modlili się nie do chrześcijańskiego Boga czy Allaha, lecz rzeszy wielorękich bóstw, które Portugalczycy początkowo wzięli za świętych. Gdy przyszło jednak do rozmowy o Chrystusie, Hindusi rzecz jasna nie mieli pojęcia o kim mowa. Opowieść o potężnym chrześcijańskim królestwie na skraju świata okazała się fikcją. Może to dlatego nie mówi się o tym w szkołach?

Mi tam się wydaje, że warto poświęcić chwilę tej historii, chociażby na zajęciach z rozpoznawania fake newsów.

Trudno o lepszy dowód na to, że nie jest to wynalazek XXI w. Ludzie od zawsze mieli interes w tym, aby siać dezinformację. Gdyby w średniowieczu istniał Facebook, list Księdza Jana zebrałby tysiące udostępnień, bo ludzie po prostu chcieli w to wierzyć. A oto wszystko ku uciesze nieznanego autora, który mógł mieć na celu np. oczernienie patriarchy Konstantynopola – nie wyraża się bowiem o nim w najlepszych słowach.

Wcześniej owe zajęcia muszą jednak powstać. Dowodem na to, jak bardzo ich potrzebujemy jest poniższe zdjęcie. Mieszkańcy Malezji, gdzie rzekomo znaleziono kreaturę, wpadli w popłoch, bo byli przekonani, że to … młode wilkołaka grasującego po okolicy. Fotografia zebrała przez to setki udostępnień w mediach społecznościowych.

W rzeczywistości to jedynie umiejętnie sfotografowana, sylikonowa zabawka. Tyle wystarczy, by ludzie znowu zaczęli wierzyć w potwory.

źródło zdjęcia i informacji: menway.interia.pl

Materiał nie powstałby, gdyby nie trzy wspaniałe książki:

  • Roger Crowley, Zdobywcy. Jak Portugalczycy zdobyli Ocean Indyjski i stworzyli pierwsze globalne imperium. Ależ ta książka jest fantastycznie napisana! Porusza tak mnóstwo historycznych faktów, a czyta się ją jednym tchem. Bardzo polecam! Tym bardziej, że nasza wiedza na temat odkrywania Indii najczęściej ogranicza się do faktu, że to Vasco da Gama dopłynął tam jako pierwszy. Tymczasem po drodze wydarzyło tak wiele.
  • Umberto Eco, Historia krain i miejsc legendarnych. Jeden z najlepszych prezentów urodzinowych, jakie kiedykolwiek dostałam. Eco opowiada nie tylko o królestwie Księdza Jana, ale także o szeregu innych baśniowych krain: Atlantydzie, Ulthima Tue, Kukanii etc.
  • Umberto Eco, Baudolino. Powieść, której bohaterami (co prawda trzecioplanowymi) są wszystkie wymienione potwory. Pojawia się też Ksiądz Jan, Fryderyk Barbarrossa oraz cesarzowa Beatrycze. Wątpię, że na świecie istnieje pisarz, który byłby w stanie skonstruować równie złożoną fabułę. Do tego zdolny był tylko Eco.

Ilustracje:


CategoriesBez kategorii