Minione problemy wielkich miast #1: Wielki Smród i realne zagrożenie epidemią


Sporo mówi się ostatnio o miastach. Tym, że nie są gotowe na czekający je przyrost ludności, ich zanieczyszczeniu i innych palących problemach. Ten cykl artykułów będzie jednak inny, bo zamiast boleć nad stanem współczesnych miast, przyjrzymy się sukcesom minionych pokoleń urbanistów; problemom, jakie udało im się rozwiązać, dzięki czemu dziś w miastach żyje się całkiem wygodnie. Może zdarza się alarm smogowy, ale to i tak lepsze niż pożar, stoimy w korkach, ale przynajmniej nie wdychamy odoru końskich odchodów; zabudowa jest chaotyczna, ale i tak mniej niż 100 czy 200 lat temu. 

Lubimy idealizować przeszłość, ale gdy mowa o miastach z czasów sprzed elektryczności w większości zdajemy sobie sprawę z tego, że nie były one zbyt przyjaznym miejscem. Gdybyśmy przenieśli się do Paryża z połowy XIX wieku pierwszym, co by nas zaskoczyło, byłby ogromny hałas. Koła powozów nie miały ogumienia, więc poruszały się z nieznośnym turkotem. Potem uderzyłby nas pewnie okropny zapach – ścieki wylewane na ulicę, zwierzęce odchody, mocz – istna potworność. Oczy raczej też nie miałyby się czym zachwycać. Do bardzo wąskich ulic docierało bardzo mało światła, a sama zabudowa była potwornie chaotyczna. Wśród budynków próżno też było szukać zieleni.  

Okolice Snow Hill w Londonie, akwarela, szkoła angielska, XIX w., źródło: Wikipedia Commons

Udało się to zmienić, po pierwsze dzięki postępowi technologicznemu, po drugie dzięki tytanicznej pracy rzeszy architektów, inżynierów i urbanistów, którzy nie ustawali w poszukiwaniu sposobów na to, jak uzdrowić miasta.

Niektóre problemy, z jakimi musieli się oni mierzyć, cały czas nas dotyczą. Hałas niestety nie zniknął dzięki wynalezieniu gumowych opon, bo silniki samochodowe okazały się jeszcze donioślejsze. Cały czas nie ma też wystarczającej liczby mieszkań dla napływającej do miast ludności.

Pewnych trudności, związanych z życiem w wielkich metropoliach udało się jednak pozbyć i to na dobre. Jest ich całkiem sporo, dlatego zamiast jednego artykułu, postanowiłam przygotować cały cykl poświęcony minionym problemom wielkich miast. Ich tytuły prezentują się następująco.

  • #1 Wielki smród i realne zagrożenie epidemią 
  • # 3 Miasto w ogniu

Dodam tylko, że będziemy koncentrować się na miastach położonych w Europie i Ameryce Północnej. Tym z Azji i Afryki należałoby się osobne opracowanie. Tymczasem zapraszam Was do Londynu z połowy XIX wieku. To właśnie to miasto będzie tłem do dzisiejszej opowieści.  

W ubiegłym roku z powodu smogu przedwcześnie zmarło 19 tys. mieszkańców polskich miast[1]. Jest to realny problem, którego w żadnym wypadku nie można bagatelizować. Dżuma potrafiła jednak w znacznie krótszym czasie zabić 280 tysięcy ludzi (łączny bilans dżumy mediolańskiej z 1629 r.). Równie niebezpieczna były cholera, ospa, odra i tyfus. Dziś wizja wybuchu epidemii jest dla większości mieszkańców zachodniego świata bardzo odległa. Towarzyszący jej niepokój znamy głównie z filmów katastroficznych i nielicznych alarmistycznych newsów traktujących o nowych, nieznanych chorobach.

To, że europejskich metropolii nie nawiedzają już epidemie i fale śmierci, jest sumą kilku czynników, z których najważniejsze to:  

1. Szczepienia i koniec teorii miazmatycznej teorii chorób

Mamy skuteczną broń przeciw większości chorób zakaźnych, które dziesiątkowały Europę przez stulecia – są to oczywiście szczepienia. To właśnie dzięki nim choroby, które całkiem niedawno były prawdziwą plagą, dziś można uznać za całkowicie wyeliminowane – wystarczy wspomnieć ospę prawdziwą.

Wiemy też, co powoduje choroby, takie jak cholera czy tyfus, dlatego potrafimy skutecznie im przeciwdziałać. W epoce wiktoriańskiej wcale nie było to jednak oczywiste. Przyczyny większości chorób upatrywano w „niezdrowym powietrzu”, a jedną z recept na szalejącą w mieście cholerę było palenie ziół na ulicach.

Prawdziwy John Snow – lekarz, nie bohater wojenny z Westeros

Do pierwszego przełomu doszło w połowie XIX wieku, kiedy tysiące Londyńczyków umierało właśnie z powodu epidemii cholery. Od zguby wybawił ich John Snow – lekarz, nie bohater wojenny z Westeros. Snow jako jeden z pierwszych zaczął wątpić w teorię wiążącą przenoszenie się chorób z miazmatami, jak wówczas nazywano „niezdrowe powietrze” i zaczął szukać przyczyny chorób zakaźnych gdzie indziej. Trop prowadził do wody i pożywienia, bo cholera to choroba układu pokarmowego. Gdy w 1854 r. w mieście znowu zaczęła zbierać żniwo epidemia, zrobił to, co należało zrobić już dawno. Usiadł do mapy Londynu i zaznaczył na niej wszystkie domy, gdzie odnotowano zakażenia cholerą. Najwięcej ognisk było w dzielnicy Soho w okolicy Broad Street. Po tym, jak kazał wyłączyć z użytku tamtejszą studnię, liczba zachorowań zaczęła gwałtownie spadać. Wniosek mógł być zatem tylko jeden – to zanieczyszczona woda, a nie wydzielany przez nią zapach, jest przyczyną epidemii.

Teoria Snow’a niestety nie zyskała uznania. Może gdyby pokazał swoim kolegom bakterię cholery, tak jak jego imiennik pokazał lordom Westeros umarlaka, uwierzyliby mu. Nie mógł tego zrobić, bo on też nie wiedział, że choroby powodują bakterie znajdujące się w wodzie i powietrzu. Dopiero w 1877 r. Ludwig Pasteur wysunął taką hipotezę. Potem sprawy potoczyły się bardzo szybko: w 1883 r. Robert Koch zidentyfikował bakterię powodującą cholerę, a niedługo później pracownicy instytutu Ludwika Pasteur’a opracowali na nią szczepionkę.

John Snow pojawia się w serialu “Wiktoria”. Można go oglądać na HBO

2. Kanalizacja z prawdziwego zdarzenia 

Jakość wody w miastach epoki przemysłowej była fatalna. Winne temu było nie tyle zrzucanie ścieków do rzeki (robiono to właściwie odkąd tylko pojawiły się miasta), co gwałtowny przyrost ludności. Najlepszym przykładem jest Londyn. Między 1801 a 1851 rokiem populacja miasta się podwoiła, przez co warunki, w jakich przyszło żyć robotnikom, stały się nie do zniesienia. Nie było żadnych przepisów określających, co robić z fekaliami, dlatego były one składowane w pośpiesznie budowanych szambach, które mało kto opróżniał, bo było to po prostu za drogie. Wraz z przyrostem ludności zwiększyła się też liczba fabryk i drobnych zakładów rzemieślniczych (w tym rzeźni), które także produkowały mnóstwo nieczystości, które później trafiały do Tamizy. 

Sytuację paradoksalnie pogorszyło upowszechnienie się spłukiwanych toalet, które wraz z początkiem XIX w. zaczęli instalować w swoich domach bogacze. Dla nich było to bardzo wygodne rozwiązanie, bo problem znikał z oczu po spuszczeniu wody. Dodatkowo toalety były już wówczas wyposażone w cudowny wynalazek, jakim jest syfon s-kształtny, dzięki czemu do domu nie przedostawał się przykry zapach z przepełnionych szamb. Te napełniały się błyskawicznie, więc właściciele domów zaczęli nielegalnie podłączać je do kanałów miejskich. W 1815 r. miasto uznało, że nie ma w tej praktyce nic złego, licząc na to, że rozwodnione ścieki nie są już groźne. Był to katastrofalny błąd. 

Tamiza, która i tak nie należała już wówczas do najczystszych rzek, przeobraziła się  w otwarty kanał ściekowy, będąc jednocześnie głównym źródłem wody pitnej w mieście. Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać. Londyn nigdy nie cierpiał z powodu cholery tak jak w XIX wieku. Epidemie wybuchały jedna po drugiej.

W czerwcu 1858 r. sytuację dodatkowo pogorszyły rekordowe upały. Nie chcielibyście być wówczas w Londynie. Poziom rzeki gwałtownie się obniżył, odsłaniając zalegające w niej ścieki. Te zaczęły fermentować pod wpływem wysokiej temperatury. Efekt? Wielki Smród – tak potocznie nazywa się katastrofę ekologiczną, jaka dotknęła Londyn w 1858 r. J



Wiliam Heath ,Monster Soup commonly called Thames Water”, 1828 r., źródło: Wikipedia Commons

Jak zaradzono tej sytuacji?

O tym, że jakość wody w Tamizie jest fatalna, a kanały ściekowe niewydolne wiedziano długo przed Wielkim Smrodem. Przegląd kanałów z roku 1848 określił ich stan jako „przeraźliwy”. Do tego powstający w szambach metan często wybuchał, w efekcie czego eksplodowały całe budynki.  

Mniej więcej w połowie XIX wieku powstał nawet utopijny plan, aby stworzyć w mieście system kanałów przypominających układ krwionośny człowieka. Jedne rury miały dostarczać świeżą wodę do miasta, inne odprowadzać z niego nieczystości. Rolę nerek pełniły w tym systemie  okoliczne gospodarstwa rolne, do których miały być odprowadzane wszelkie ekskrementy.

Stało się jednak tak, jak w przypadku wielu dzisiejszych konkursów architektonicznych. Projekt powstał, jego autor zebrał za niego stosowne pochwały, ale do realizacji systemu nigdy nie doszło.

James Tissot, Tamiza, 1876, źródło: WikiArt

Gdy w 1858 r. Tamiza zaczęła jednak nieznośnie cuchnąć, nie oszczędzając przy tym przedstawicieli wyższych klas społecznych, nie można było już udawać, że problemu nie ma. Decyzja o rozbudowie niewydolnego systemu kanalizacyjnego zapadła w przeciągu 18 dni od momentu, kiedy rzeka pokazała, co tak naprawdę kryje się na jej dnie. Brytyjskim parlamentarzystom rzadko kiedy zdarzało się działać się tak szybko. Na szczęście Londyńczyków parlament jest jednak zlokalizowany tuż nad brzegiem Tamizy. Gdy wieszanie na oknach nasączonych chlorkiem wapnia zasłon i wrzucanie wapna do rzeki nic nie dało, a obrad nie udało się przenieść w inne miejsce, politykom nie pozostało nic innego, jak wreszcie zrobić coś z londyńskimi ściekami.  

To niełatwe zadanie zostało powierzone inżynierowi Josephowi Bazelgatte’owi, który od lat pracował nad projektem sieci kanałów i wodociągów, mających zaradzić problemom higienicznym w mieście. Ich budowa wiązała się z ogromną mobilizacją. To trochę tak, jakby pracowano nad kilkoma liniami metra naraz. Trzeba było rozkopać całe ulice, zaangażować do pracy mnóstwo robotników oraz wyprodukować ogromne ilości cegieł i betonu. W ciągu 10 lat prac nad projektem pociągnięto 260 km głównych kanałów ściekowych i 1760 km rur dopływowych.


Ford Madox Brown, Praca, 1852-63 r., obraz nawiązujący do przebudowy Londynu, źródło: Wikipedia Commons

Nie był to system idealny, bo finalnie ścieki i tak lądowały w Tamizie, tyle że daleko od głównych ujęć wody (na pierwsze oczyszczalnie ścieków trzeba było jeszcze poczekać kilkadziesiąt lat). W niektórych miejscach wybetonowano też brzegi Tamizy, aby ta szybciej odprowadzała ścieki do morza.

Budowa przyniosła jednak oczekiwany skutek – Wielki Smród już nigdy się nie powtórzył. Rzadziej dochodziło też do wybuchów epidemii, które owszem zdarzały się, ale ich ogniska nie rozszerzały się poza niewielkie fragmenty miasta.

Nie wydaje się zatem przesadą porównywanie systemu Bazelgatte’a do cudów starożytnego świata, ani nazywanie przepompowni Abbey Mills w Stanford „Świątynią Ścieków”. Z perspektywy ubogiego mieszkańca Londynu faktycznie był to cud. Nie doszłoby do niego jednak (albo stałoby się to znacznie później), gdyby pewnego lata Tamiza nie zaczęła potwornie cuchnąć. Wielki Smród musiał być okropnym doświadczeniem. Trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie w mieście, w którym po prostu nie da się oddychać. Katastrofa stała się jednak impulsem nie tylko do budowy nowoczesnej kanalizacji, ale także do jeszcze dalej idących zmian i to nie tylko w Londynie.

John O’Connor, Nadbrzeże Tamizy, 1874 r, widać że koryto rzeki jest wybetonowane, źródło: WikiArt

Przebudowę stolicy Zjednoczonego Królestwa pilnie obserwował Napoleon III, po czym kazał rozpocząć podobne prace w Paryżu (który nawiasem mówiąc Wielki Smród też nawiedził). Potem był Wiedeń, Berlin i inne, także peryferyjne miasta starego kontynentu. Budowano nowoczesne systemy wodociągów i kanalizacji wzorowane na rozwiązaniach wypracowanych w Londynie. Rozbierano mury miejskie, a w ich miejscu planowano reprezentacyjne, obsadzane drzewami bulwary. Wszystko po to, aby miasta nabrały oddechu.

Dzieło XIX-wiecznych architektów kontynuowali moderniści, którzy poszli jeszcze o krok dalej, rezygnując z ciasnej, szeregowej zabudowy. Ich bloki mogą nam się nie podobać, ale to właśnie dzięki nim, nie musimy się dusić w ciemnych i wilgotnych oficynach kamienic bez dostępu do bieżącej wody i kanalizacji. Nikt nie drży też przed plagą zarazy, co jest nie lada osiągnięciem, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze niedawno choroby zakaźne, takie jak cholera, dziesiątkowały mieszkańców miast.


Tekst jest częścią cyklu „Minione problemy wielkich miast”. Kolejny artykuł będzie poświęcony niełatwemu wyzwaniu, jakim było wypracowanie rozwiązań, które pozwoliły na sprawniejsze zarządzanie odpadami dynamicznie rozrastających się miast. Potem przyjrzymy się, jak to się stało, że miast nie trawią już wielkie pożary.  

Mam też informację dla wszystkich tych, którym podobał się mój ostatni tekst o Aladynie. On też rozpoczął nowy cykl. Będę w nim poszukiwać oryginalnych źródeł inspiracji dla znanych i lubianych postaci fikcyjnych. Następni w kolejce są Piękna i Bestia.


Korzystałam z:

  • Peter Ackroyd, Londyn. Biografia, Poznań 2011.
  • Peter Ackroyd, Londyn Podziemny, Poznań 2015.
  • Rosemary Ashton, One Hot Summer. Dickens, Darwin, Disraeli and The Great Stink of 1858, 2017.
  • Emily Man, Story od cities #14: London’s Great Stink heralds a wonder industrial world, w: theguardian.com.
  • Ian Angus, Cesspools, Sewage, and Social Murder. Environmental Crisis and Metabolic Rift in Nineteenth-Century London, w: monthlyreview.org

Zdjęcie tytułowe: Fragment obrazu “The Pinch of Poverty (1889), Thomas Benjamin Kennington, źródło: Flickr, domena publiczna


[1] https://dziennikpolski24.pl/rzad-potwierdza-smog-zabija-rocznie-19-tys-osob-co-z-normami-dla-wegla/ar/13444405

CategoriesMiasta