P

Po co copywriterowi historia sztuki?

Nie lubię, gdy ktoś pyta mnie jak pisać, bo jestem zdania, że nie ma to jednej skutecznej recepty. Nie wydaje mi się również, aby poradniki pisarskie, z jakimi miałam do czynienia, zrewolucjonizowały sposób, w jaki sama piszę. Chyba miał zatem rację mój polonista, mówiąc że od studiów, które uczą jak pisać, lepsze są te, które do pisania inspirują. Historia sztuki sprawdziła się w tej roli idealnie.

Czego uczą na historii sztuki?

Utkwiły mi w pamięci pewne zajęcia. Grupa zebrana w sali wykładowej była nieliczna, bo było to seminarium licencjackie z polskiej sztuki nowożytnej, co najczęściej oznacza studia nad barokowymi nagrobkami, epitafiami i miernej jakości obrazami sakralnymi, czyli nielicznymi obiektami, które przetrwały nawiedzające ówczesną Rzeczpospolitą kataklizmy. Moja promotor żaliła się wtedy na coraz bardziej uciążliwe procedury, dotykające wykładowców np. konieczność wyszczególniania umiejętności, jakie studenci nabędą podczas każdych zajęć.

Problem polega na tym, że historia sztuki to nie chemia, gdzie student podczas ćwiczeń może nauczyć się pipetowania i odmierzania składników.

Umiejętności nabywane podczas tych studiów znacznie trudniej nazwać, dlatego podpowiadaliśmy promotorce zupełnie absurdalne propozycje. Na pewno było wśród nich pisanie w ciemności (projektory w Instytucie nie były najnowsze, a studia polegają głównie na oglądaniu przeźroczy, dlatego notatki sporządzaliśmy przy bardzo słabym świetle). I tak zajęcia się skończyły, a my nie udzieliliśmy żadnej konkretnej odpowiedzi.

A potem podczas Erasmusa we Francji wraz z inną studentką historii sztuki wybrałam się do Vaux le Vicomte, miejscowości położonej ok. 50 km od Paryża, gdzie cztery wieki temu Nicolas Fouquet postanowił wybudować pałac, mający odmienić historię barokowej architektury i sztuki ogrodowej. Najpierw dojechałyśmy pociągiem do Melun, bo pozwalała nam na to karta miejska, potem autobusem na sam koniec miasta i kolejne 4 km przeszłyśmy pieszo – na miejscu czekał nas i tak spory wydatek, czyli bilet wstępu wart 16 euro, co przy groszowym stypendium stanowiło sporą sumę.

I to historia sztuki była winna temu szaleństwu! Najpierw zasypią głowę obrazami, każą nauczyć się je datować, atrybuować i oto efekt! Pojawia się potrzeba, by wielkie dzieło zobaczyć, doświadczyć go, przekonać się, czy jest takie, jakim je sobie wyobrażamy.

Nawet jeśli ceną jest przemierzenie 8 kilometrów pieszo w niezbyt sprzyjającej spacerom listopadowej aurze.

W drodze do Vaux le Vicomte, na zdjęciu towarzyszka mojej podróży, w tle pole rzepaku.

Jeśli szukamy więc wartości, jakie wynosi się z tych studiów, to ciekawość świata jest to jedną z nich. Jak dla mnie nie mniej istotna niż twarde umiejętności, takie jak przygotowywanie opisów inwentaryzacyjnych, bo uniwersalna.  

Oprócz tego wymieniłam jeszcze:

  • oczytanie,
  • dociekliwość, bardzo przydatna podczas sporządzania researchu,
  • krytyczność wobec źródeł, zwłaszcza tych internetowych,
  • szeroki kontekst kulturowy, brakowało go agencji, która jeszcze do niedawna obsługiwała Instagrama Tigera (przykład pożyczony od Grzegorza Jędrka, autora bloga o PR w kulturze),
  • możliwość odbycia wielu podróży (najlepiej wspominam chyba objazd po Holandii i oczywiście Erasmusa).

Nie są to więc tak bezużyteczne studia, za jakie uchodzą.

Mężczyzna przy biurku, akwarela na papierze, autor nieznany

A po co historykowi sztuki copywriting?

Pytanie postanowione w tytule można odwrócić. No bo czy to nie ujma pracować w reklamie? Schlebiać markom? Pisać o wszystkim, tylko nie o sztuce? To zależy, jak się do tej pracy podchodzi. Bo jeśli traktujemy kolejne zlecenia, jak pańszczyznę, którą po prostu trzeba odbębnić, będzie męczyć.

Z drugiej strony jest to pełna wyzwań, twórcza praca. Aby napisać ciekawy tekst o częstotliwości światła, naprawdę trzeba wspiąć się na wyżyny kreatywności. Ale jest to możliwe. Ba! Można nawet wykorzystać do tego wiedzę zdobytą podczas studiów! Okazuje się, że długość i częstotliwość fali świetlnych mają wpływ na percepcję kolorów. A o kolorach historycy sztuki zazwyczaj pisać potrafią.

Podobnych sytuacji miałam w pracy setki. Gdy do opisania był pokaz Valentino, zamiast powtarzać to, co było na stronie Vogue, pisałam, że modelki wyglądały jak wiosna z obrazów Malczewskiego, w tekście o modzie w stylu unisex powoływałam się na cytaty z  „Maskarad kobiecości”, pisząc o projektowaniu witryn sklepowych, po prostu opisałam swoje obserwacje z Paryża. I klienci to lubią! Bo zamiast tekstu pełnego wyświechtanych, marketingowych zwrotów dostają coś, o czym nawet nie marzyli.

Jednocześnie i mi taka praca sprawia znacznie więcej satysfakcji niż porządkowanie kart zabytków. Wiem, co mówię, bo zanim zabrałam się za pisanie i tego próbowałam. A o sztuce zawsze można prowadzić bloga, co niniejszym wpisem rozpoczynam.

Wnętrza pałacu w Vaux le Vicomte

PS Wielkie dzieło, jakim bez wątpienia jest pałac w Vaux le Vicomte nie rozczarowało. Na miejscu powitał nas w iście bajkowej aranżacji. Rozpalono nawet ogień w kominkach.


Ilustracje:

  • Zdjęcie tytułowe: Autoportret nieznanego artysty, prawdopodobnie Aerta Schoumana, 1730, https://www.rijksmuseum.nl/en/rijksstudio
  • Portret nieznanego mężczyzny: https://www.rijksmuseum.nl/en/rijksstudio
CategoriesBez kategorii