Nazwa wycieczki to „Buszuj w Marrakeszu”. Biuro podróży, które ma ją w ofercie, obiecuje spacer urokliwymi uliczkami medyny oraz wizytę na wielkim placu Dżamaa al-Fna – najbardziej magicznym miejscu Maghrebu, słynnym z lokalnego kolorytu i spontanicznych występów.

Zdjęcia na Instagramie wydają się potwierdzać ten opis. Luksusowe hotele, stosy kolorowych przypraw, niezliczone portrety na tle malowniczej marokańskiej architektury, oczywiście w stroju stylizowanym na orientalny, kolacja z widokiem na egzotyczne miasto.

Coś mi jednak mówi, że to tylko iluzja, marketingowy miraż, zwyczajny blef.

Sprawdzam.


Do Marrakeszu jedziemy po dwóch dniach w Essaouirze. Będzie to zaledwie przystanek w znacznie dłuższej podróży, która obejmuje praktycznie całe Maroko i południe Hiszpanii, ale wydaje się ważny. W końcu to Marrakesz – dawna stolica imperium Almohadów i kluczowy ośrodek handlowy, gdzie spotykały się przemierzające Saharę karawany.  

Wysiadamy z autobusu, chwilę potem oblega nas chmara taksówkarzy – każdy oferuje promocyjną tylko w teorii cenę. Nauczeni doświadczeniem z lotniska w Agadirze, gdzie za transport zapłaciliśmy zdecydowanie więcej, niż było trzeba i do tego, zamiast do centrum miasta, zostaliśmy dowiezieni do dworca autobusowego na przedmieściach, odmawiamy i szukamy transportu dalej.

W końcu łapiemy taksówkę. Już widać, że miasto znacznie różni się od kameralnej Essaouiry. Ruch jak w mrowisku, kierowcy trąbią i nie zapinają pasów. My chętnie byśmy to zrobili, ale na tylnym siedzeniu po prostu ich nie ma.

Pierwszym przystankiem w Marrakeszu jest Jardin Majorelle. Biegniemy tam jeszcze z plecakami, bo ogród otwarty jest tylko do 18:00, a nam bardzo zależy, aby go zobaczyć. To wybitnie turystyczne miejsce, ale faktycznie piękne i mimo obecności wielu ludzi – bardzo spokojne. Gruby mur i rośliny skutecznie chronią ogród od hałasów dobiegających z zewnątrz. Po godzinie nie mamy jednak innego wyjścia, jak opuścić ogród wraz z grupą ostatnich obecnych w środku turystów.

Na zewnątrz znowu wita nas harmider i ścisk, który robi się tym większy, im bliżej jesteśmy Medyny, czyli otoczonego czerwonymi murami starego miasta, gdzie mieści się nasz hotel. Zapisaliśmy sobie jego adres w Google Maps, ale nie mamy jak zerknąć na telefon, bo wokół krąży pełno lokalnych przewodników, dla których to wyraźny sygnał do tego, aby zaoferować nam swoje usługi. W końcu ulegamy namowom jednego z chłopców, który jak na ośmiolatka doskonale mówi po angielsku. Po drodze dołączają do nas dwaj jego koledzy. Zapłacić musimy im wszystkim.

Riad podobnie jak ogród pozwala nam na chwilę odciąć się od szumu ulicy. Dziedziniec prezentuje się dokładnie tak, jak tego oczekiwaliśmy. W centrum znajduje się niewielka fontanna, wokół której ustawiono misternie zdobione krzesła i stoliki, nie sposób też nie zwrócić uwagi na kolorowe mozaiki na ścianach i egzotyczne rośliny. Nie przyjechaliśmy tu jednak po to, aby siedzieć w hotelu. Pora coś zjeść i pospacerować po Dżamaa al-Fna!

W tym miejscu Marrakesz po raz kolejny pokazuje jednak, że jest zupełnie innym miastem niż zbudowana przez Francuzów Essaouira. O leniwym spacerze nie ma mowy, bo:

  • topografia miasta jest dalece różna od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Ulice, zamiast przecinać się pod kątem prostym, wiją się bez końca.
  • Znaczną część starego miasta zajmuje też souk, czyli lokalny targ. Nie chcemy nic kupować, ale napotykani po drodze sprzedawcy robią, co mogą, abyśmy zmienili decyzję.

Jakimś cudem udaje nam się osiągnąć nasz cel, nie kupując uprzednio ani dywanu, ani szala w orientalne wzory. Oto i jest: Dżamaa al-Fna w całej okazałości!

Oprócz turystów spotykamy tam masę handlarzy, muzyków i poskramiaczy węży, wokół których tworzą się ciasne kręgi gapiów. Mam wrażenie, że całość najlepiej prezentuje się z tarasów na dachach okolicznych knajpek, skąd zresztą robiona była większość zdjęć, które można znaleźć w przewodnikach. Na dole jest tłoczno, głośno, ale czy magicznie? Mam co do tego spore wątpliwości.

Ogólnie cała opisana na wstępie romantyczna wizja wydaje się mocno naciągana. Już Edward Said mówił, że opowieści o egzotycznym, pełnym magii oriencie powstały po to, aby Europejczycy mogli się z nim oswoić i przestać go utożsamiać jedynie z wrogim Islamem. Gdy dochodzi jednak do bezpośredniego zderzenia z orientem, stają się źródłem rozczarowania, nic bowiem nie jest tak jak w “Baśniach 1001 nocy”, zwłaszcza gdy mieliśmy do czynienia wyłącznie z ich złagodzoną, przeznaczoną dla dzieci wersją.

Jaki zatem, jeśli nie magiczny, jest Marrakesz? W filmie Hitchcocka „Człowiek, który wiedział za dużo” porównuje się go do drinka. Dla mnie byłby to napój z dodatkiem anyżu o intensywnym, niespotykanym smaku, który na dłuższą metę jest nieznośny. Czego innego oczekiwać jednak od wychowanego na gołąbkach i plackach ziemniaczanych podniebienia?


Źródła zdjęć:

Tak prezentuje się trasa naszej podróży. Zaczęliśmy w Essaouirze (w Agadirze widzieliśmy jedynie lotnisko), potem udaliśmy do Marrakeszu, skąd ruszyliśmy do Ourzazate i na pustynię. Następnie przyszedł czas na Fez, Chefchaouen i Tanger, gdzie w porcie wsiedliśmy na prom do Hiszpanii.
CategoriesPodróże